To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ekoterroryści unoszący się na fali bzdury, jaką jest globalne ocieplenie, zagrażają europejskiej cywilizacji bardziej niż syryjskie pontony i tratwy unoszące się na falach Morza Śródziemnego. Dajmy im pełnię władzy, a już następnego dnia po jej objęciu wprowadzą nowe podatki: od kurzu, smażenia kurczaka i czynności fizjologicznych. Każda wizyta w toalecie będzie się kończyła rachunkiem na bilion dolarów, zaś – za przeproszeniem – za puszczenie bąka w parku groziło będzie pięć lat więzienia. Aż w końcu wrócimy do jaskiń i będziemy się żywić wyłącznie mchem zeskrobanym z ich ścian.

W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że nie jest tak – jak niektórzy sugerują – że środowisko naturalne i czystość naszej planety są mi całkowicie obojętne. Każde z trójki moich dzieci ma właściwą liczbę kończyn, palców i oczu i zależy mi, aby równie dobrze po urodzeniu prezentowały się moje wnuki. Chciałbym za mniej więcej ćwierć wieku zabrać je na spacer do lasu (o ile jakieś przebrane za paprotki świry w ogóle nas do niego wpuszczą) i pokazać na żywo żubra, lisa, żeremie bobrów oraz żuczka wiosennego. Chciałbym, żeby o tygrysach bengalskich i pandach uczyły się z podręczników do biologii, a nie do historii. I żeby mogły kąpać się w jeziorze przy naszym letnim domu bez obaw o to, że wyrosną im włosy na plecach, a paznokcie zaczną świecić. I jeszcze żeby jadły pomidory, które wykiełkowały z ziemi przy udziale słońca, a nie w próbówce dzięki eksperymentom chemicznym.

Uważam jednak, że w ostatnim czasie zrobiliśmy mnóstwo rzeczy, aby zapobiec takim naturalnym katastrofom: pozbyliśmy się azbestu z dachów naszych domów, ołowiu i dużej części siarki z paliw, częściej ogrzewamy się gazem niż węglem, nie myjemy już samochodów na klombach pod blokiem i nie spuszczamy zużytego oleju silnikowego bezpośrednio do studzienek kanalizacyjnych. Nabijamy klimatyzację i lodówki bezpiecznymi środkami, segregujemy śmieci, baterie z telefonów i laptopów są w niemal 100 proc. przetwarzalne, a papier toaletowy powstaje z tego, co jeszcze wczoraj było gazetką reklamową. Już nawet plastikowe torebki rozdawane w marketach są tak przyjazne środowisku, że po zużyciu mogą służyć za nawóz do kwiatków.

Gdy byłem mały i połknąłem mydło, matka wiozła mnie do szpitala na płukanie żołądka. Tymczasem dzisiejsze środki do mycia są tak bezpieczne, że gdy mój dwuletni syn poczęstował się ostatnio szamponem, jedyne co zrobiłem, to podałem mu szklankę kranówki, żeby popił. A następnie świetnie się razem bawiliśmy, ganiając wielkie bańki mydlane po salonie.

Tak daleko zaszedł człowiek. I to w zaledwie 20–30 lat. Ale wcale nie dzięki ekologom. Oni nie wymyślili żadnej z tych rzeczy. Zrobił to przemysł. Ten sam, na którym ekoterroryści wieszają psy. Dlatego czas wysłać ich tam, skąd przyszli – na drzewa. Bez nich nasz rozwój będzie znacznie bardziej racjonalny i stabilny, nie będzie takich awantur jak ta z Volkswagenem, a już na pewno wszyscy skorzystamy na tym finansowo. Bo nie będziemy pompowali miliardów w rozwiązania, które i tak nie sprawią, że zielone będzie bardziej zielone, a jedynie dadzą poczucie spełnienia grupie wariatów, którym jest za ciepło i którzy chcieliby, aby w naszej strefie klimatycznej zima trwała od września do połowy lipca. Bo przecież dzięki temu pod Szczecinem mogłyby się osiedlić misie polarne, a przyrodniczą atrakcją Krakowa byłyby uchatki i całoroczne restauracje z lodu.

Jak można przepłacić za ekologię, świetnie pokazuje przykład hond CR-V i civic tourer. Oba te modele można kupić z nowoczesnym 120-konnym dieslem 1,6 i-DTEC, który powala na kolana pod względem zużycia paliwa. Mam prawą nogę ze zbrojonego betonu, do tego jeżdżę głównie autostradą (czyli szybko) i po mieście (czyli w korkach), a mimo to wielki CR-V spalał mi średnio raptem 7 litrów ON. A civic tylko 6. A podobno są osoby, które w przypadku obu tych modeli są w stanie zejść poniżej 5 litrów! To mniej więcej tak, jakbyście przez cały dzień wytrzymywali na jednym liściu sałaty i połowie marchewki.

Problemy pojawiają się, gdy zajrzycie do cennika. W stosunku do wersji benzynowych (i to mocniejszych, o większej pojemności) do diesla dopłacić musicie 11 400 zł. Żeby ta inwestycja się wam zwróciła, musielibyście przejechać ropniakiem jakieś 130 tys. km (biorąc pod uwagę obecne ceny paliw i zużycie w benzynie wyższe o dwa litry). Innymi słowy, na dieslu zaczęlibyście zarabiać dokładnie w momencie, w którym postanowilibyście się go pozbyć. To zupełnie bez sensu.

Równie bez sensu jest nabywanie CR-V z dieslem i napędem wyłącznie na przednie koła – to jak iść do burdelu, żeby się poprzytulać. Ale wersja 4WD z przyzwoitym wyposażeniem Lifestyle kosztuje aż 140 tys. zł! W tej cenie znajdziecie na rynku znacznie lepsze auta, a już na pewno mogące pochwalić się więcej niż zaledwie 120 końmi. To samo dotyczy civica tourera, który tym różni się od swoich konkurentów (szczególnie japońskich), że ma charakter, ale niestety nie ma dobrego motoru za przyzwoite pieniądze. Silnik 1,8 sposobem działania przypomina wiertarko-wkrętarkę, a przyzwoicie wyposażony diesel to wydatek 100 tys. zł. Stówa za kompaktowe kombi ze 120-konnym motorem! Nawet jeżeli to dobre kombi (bardzo przyjemnie się prowadzi i ma mnóstwo miejsca w środku), to niewarte takich pieniędzy. Jest jak ekolog – udaje, że zależy mu na waszym szczęściu i dobrym samopoczuciu, ale w rzeczywistości ma tylko jeden cel: zedrzeć z was skórę.