Paweł Szefernaker, szef kampanii internetowej partii, mówił niedawno: „Żyjemy dzisiaj w epoce marketingu treści i to ciekawa treść, a nie klasyczna reklama, przyciąga sympatyków”. Sympatycy to zwykle wyborcy, więc także głosy oddane na konkretną partię. W zależności od tego zatem, co partia ma do powiedzenia, a nie od tego, czy jej lider tańczy disco polo, jest opalony i nosi błękitne koszule, zależy wynik wyborów. Internet, obecnie można zaryzykować twierdzenie, że to kluczowe, bo niezwykle egalitarne medium w kampaniach wyborczych, wymusza autentyczność. To oczywista oczywistość. Ona sprzedaje się obecnie najlepiej, znacznie lepiej niż opakowanie polityczne, z którego dominacją mieliśmy miejsce szczególnie w latach 90., ale trochę także po roku 2000. Internauci traktują opakowania tak jak należy – wyrzucają je do kosza.

Internet tępi sztuczność i powierzchowność, jest bezlitosny – i słusznie – dla polityków, którzy nie mają nic do zrobienia i nic do powiedzenia. Kiedyś mogli jako tako funkcjonować nawet długie lata, np. dzięki przychylności telewizji, dzisiaj to już wykluczone.

Zresztą media, szczególnie zaangażowane politycznie, mają coraz mniejszy wpływ na rząd polskich dusz. Gazeta, która nawoływała przed wyborami do obrony demokracji przed PiS, nie po raz pierwszy trafiła jak kulą w płot, rozmijając się z dominującą potrzebą milionów Polaków, czyli z potrzebą zmiany. Rosła ona proporcjonalnie do tego, jak słabła Platforma Obywatelska – pozbawiona realnego przywództwa z pomysłem na kraj, odkąd Donald Tusk przeniósł się do Brukseli. Ta siła brała się z samego dołu. Internet stał się kanałem jej wybuchu.

Nie od dzisiaj wiadomo, że kiedyś rewolucje zaczynały się od wystrzału z broni, dzisiaj początek dają im czasem pojedyncze posty na Facebooku. PiS, taki zaściankowy, wie to od dawna (przykładem jest choćby intensywna aktywność prezydenta Dudy na FB), Platforma, taka nowoczesna, o tym zapomniała. Może wciąż myślano tam, że nie ma z kim przegrać.