O tym, jaki potencjał i gotowość walki drzemie w środowisku muzułmańskich ekstremistów w Niemczech, świadczy liczba tych, którzy walczą w szeregach Państwa Islamskiego. Od 2012 r. ok. 720 młodych muzułmanów wyjechało z Niemiec do Syrii i Iraku. Jest to liczba oficjalna podawana przez Urząd Ochrony Konstytucji (BfV), odpowiednik polskiego ABW. Faktyczna liczba dżihadystów z Niemiec nie jest znana. Jak przyznają służby, rzeczywista liczba ochotników może być znacznie wyższa, a tendencja w tym aspekcie pozostaje wzrostowa. Do tej pory w Syrii i Iraku zginęło ok. 85 dżihadystów z Niemiec, a ok. 230 wróciło do RFN. O 50 spośród nich wiadomo, że mają doświadczenie bojowe. Radykałowie z Niemiec to w 89 proc. mężczyźni. Większość osób, które zdecydowały się na wyjazd, mieści się w przedziale wiekowym między 15 a 25 lat. Więcej niż połowa ochotników urodziła się w RFN, a 60 proc. posiada niemieckie obywatelstwo. Konwertyci stanowią 12 proc. z całej liczby. Niemieckie służby nazywają profil typowego dżihadysty z RFN „4M” – od czterech cech, które są dla niego charakterystyczne i po niemiecku zaczynają się na literę „m”: muslimisch (muzułmanie), maennlich (płci męskiej), Migrationshintergrund (pochodzący z rodzin imigranckich), Misserfolg (nieradzący sobie w życiu).

Jednocześnie niemal wszyscy bojownicy pochodzący z Niemiec byli związani ze środowiskiem salafitów (tak samo zresztą jak wszystkie zidentyfikowane dotychczas w RFN muzułmańskie komórki terrorystyczne). Tych kilkaset osób oraz salafickie środowisko, z którego się wywodzą, są uważane przez BfV za jedno z największych zagrożeń dla bezpieczeństwa wewnętrznego RFN. Mimo że nie udało im się dotychczas dokonać zamachu na taką skalę jak w Madrycie czy Londynie, to po 2001 r. udaremnionych zostało jednak siedem analogicznych prób. A jedyna, która się powiodła – 2 marca 2011 r. we Frankfurcie nad Menem – kosztowała życie dwóch amerykańskich żołnierzy.

Wyjazdy młodych muzułmanów z Niemiec w rejony konfliktu z zamiarem pomocy dla „braci w wierze” nie są zjawiskiem nowym. Po zamachach z 11 września 2001 r. media wciąż informowały o obywatelach RFN szkolących się w obozach talibów w Afganistanie i Pakistanie oraz walczących z siłami ISAF pod Hindukuszem. Dla Niemców uosobieniem dżihadystów z sąsiedztwa stali się bracia Yassin i Mounir Chouka – obywatele Niemiec marokańskiego pochodzenia, którzy przedostali się do Afganistanu, przyłączyli się w prowincji Kunduz do oddziału bojowników podporządkowanego Islamskiemu Ruchowi Uzbekistanu i walczyli m.in. przeciwko żołnierzom kontyngentu Bundeswehry. „Abu Ibrahim” i „Abu Adam” znani byli jednak głównie z krótkich filmików propagandowych, w których nawoływali muzułmanów w Niemczech do dokonywania zamachów i zapraszali ich do wspólnej walki z „niewiernymi” w Afganistanie i Pakistanie. Mimo sporej uwagi, jaką media poświęcały rodzeństwu pochodzącemu z Bonn, ilościowo było to jednak wciąż zjawisko marginalne. Od początku interwencji na wojnę w Afganistanie wyjechało ok. 100 mieszkańców RFN (wliczając w to żony i dzieci).

Notabene niemieckie służby nie traktowały raczej tych wyjazdów jako potencjalnego zagrożenia dla RFN. Dostrzegały natomiast korzyści wynikające z pozbycia się radykalnych islamistów z kraju. W związku z tym przymykały oko na podróżujących dżihadystów. Albo wręcz ułatwiały im podróż. Ujawnił to w październiku 2014 r. Ludwig Schierghofer z bawarskiego Landowego Urzędu Kryminalnego (LKA). Powołał się przy tym na tajną instrukcję federalnego MSW z maja 2009 r. Logika tego podejścia była następująca: jeśli mamy do czynienia z radykalnym islamistą, który jest gotów dokonać zamachu na terytorium RFN, to lepiej pozbyć się go z kraju. Postępowano zgodnie z tym założeniem do jesieni 2013 r. Wtedy stało się już oczywiste, że głównym celem dżihadystów z Niemiec nie jest Afganistan, tylko Syria. Natomiast liczba wyjeżdżających doprowadziła do nieuniknionej konkluzji, że ryzyko, jakie mogą stanowić wracający bojownicy, którzy zdobyli doświadczenie w walce, przeważa korzyści wynikające z ich tymczasowej nieobecności na terytorium RFN.

Niemieckie służby zdają sobie jednak sprawę, że największym zagrożeniem nie są ci, którzy wrócili z Syrii (część z nich jest zresztą rozczarowana Państwem Islamskim) i przebywają pod stałym nadzorem BfV. Ani tym bardziej migranci uciekający obecnie z Bliskiego Wschodu przed wojną, lecz miejscowi salafici nieobecni jeszcze w kartotekach policji. Obecnie według szacunków na terytorium RFN mieszka ok. 7 tys. zwolenników „źródłowego” islamu – salafizmu – i jest on najbardziej dynamicznie rozwijającą się ekstremistyczną ideologią (w 2011 r. było ich zaledwie 3800). I chociaż, jak mówił w 2011 r. ówczesny szef Urzędu Ochrony Konstytucji Heinz Fromm: „Nie każdy salafita jest terrorystą”, to „prawie każdy terrorysta, którego znamy, jest salafitą lub utrzymuje z nimi kontakty”. Są oni zatem nie tylko grupą ryzyka, której członkowie najłatwiej się radykalizują. Stanowią przede wszystkim konspiracyjne zaplecze, bez którego dokonanie zamachów jest niemożliwe. Dlaczego mikroskopijne w skali Niemiec środowisko wywołuje taki ból głowy u służb? Właśnie m.in. ze względu na niską liczebność. Sprawia to, że infiltracja środowiska jest trudna. Dodatkowo więzy łączące członków salafickich wspólnot są znacznie mocniejsze niż np. neonazistowskich „ferajnów” – salafici zastępują swoim „braciom” rodziny, psychologów i przyjaciół. Nie bez znaczenia jest też to, że salafizm (czy raczej pewien zewnętrzny styl, z którym się kojarzy) jest coraz bardziej modny wśród młodych muzułmanów, prowadzi do wzrostu sympatii dla tego środowiska i wręcz powstania popkultury młodzieżowej zwanej turbodżihadem.

W takiej sytuacji przedstawiciele służb bezpieczeństwa pytani o to, czy są w stanie zapobiec zamachom w Niemczech, zapewniają, że mają sytuację pod kontrolą. Jednak już w drugim zdaniu dodają, że są na granicy mocy przerobowych. A kryzys migracyjny wcale nie pomaga, ponieważ wiąże spore siły.