Główny sprawca: mieszkania. Nie, nie dlatego, że nasze są droższe. Wręcz przeciwnie: nasi zachodni sąsiedzi mieszkają w mieszkaniach średnio wartych 168 tys. euro, a my raptem w wartych 68 tys. U nas jednak mieszkania na własność (przynajmniej częściową) posiada 76 proc. gospodarstw domowych, w Niemczech – 44 proc.

Przedstawiciel lewicy pomyśli sobie teraz: „Ha, właśnie, Polacy w pogoni za mieszkaniami na własność kiszą się w kawalerkach, a Niemcy wynajmują mieszkania na wysokim poziomie. I co z tego, że mają mniejsze majątki niż my, liczy się standard życia”. OK, to uczciwe stawianie sprawy, ale... Polacy osiągnęli nie tylko wyższy poziom majątku niż Niemcy, ten majątek jest też mniej skoncentrowany. 0,58 – czy taka wartość współczynnika Giniego dla majątku to dużo? Niemcy mają 0,76, podobnie jak inne państwo z niskim wskaźnikiem mieszkań na własność: Austria.

Nasz lewicowiec może oczywiście odpowiedzieć: „A tam, nierówności może i są wyższe, ale ja mówiłem o austriackim i niemieckim standardzie ży...”. Właśnie, jeśli jest oddanym sprawie dobrobytu socjaldemokratą, w tym miejscu się zawaha. Logice „nieważne są nierówności, dopóki wszystkim się poprawia” lewicowiec przeciwstawia się przecież w wielu innych sytuacjach. Czy zachwyca się, gdy pracownicy dostają 5 proc. podwyżki, a prezes przyznaje sobie 10 proc.? Nie. Czy ulgę podatkową, na której biedny zarabia 200 zł, a bogaty 20 tys. zł uznaje za fajną? Nie.

W Polsce klasa prawie średnia zarzyna się, aby mieć mieszkanie na własność. Stało się modne w knajpach na placu Zbawiciela wychwalać wynajmowanie, a nie „kupowanie” na kredyt. W istocie jednak jedyną polską przewagą nad niektórymi krajami starej Unii jest pęd do własności.