Otóż dla obu tych myślicieli – a obecnie sytuacja wygląda podobnie – tyrania większości mogła wystąpić na dwu poziomach: wyborów powszechnych oraz wewnątrz samego parlamentu. A tyrania większości w parlamencie budziła ich największy niepokój. Sprawa nie jest wcale prosta, bo przecież zawsze rządzi większość parlamentarna, chyba że został powołany – z reguły na okres przejściowy – rząd mniejszościowy. I arytmetyczna większość zawsze może uchwalić w parlamencie, co jej się żywnie podoba, bo właśnie ma większość. Wyobraźmy sobie na przykład decyzję parlamentu głoszącą, że blondynki nie mogą studiować biologii. Większość może taką decyzję uchwalić. Co zatem sprawia, że jej nie uchwala?

Barierę dla swobody legislacyjnej większości stanowią przepisy prawa. O to toczyła się walka od pierwszych konstytucji w końcu XVIII w. Większość spośród tych przepisów jest zawarta w konstytucjach, część w ustawach, a część – nieuchronnie – w dobrych obyczajach. Prawo bowiem nie może regulować wszystkiego. Mimo tych ograniczeń, na przykład ważnych praw człowieka i obywatela, większość czasami narzucała swoje decyzje, co kończyło się niekiedy dramatycznie, a czasem nie miało znaczenia. A zatem tyrania większości jest teoretycznie wyobrażalna w najbardziej sprawnej demokracji. Wszystkie ograniczenia konstytucyjne i wynikające z podziału władz mają duże znaczenie, ale w gruncie rzeczy, jeżeli demokratycznie wybrana większość postanowi przeprowadzić swoje zamiary naruszające prawa mniejszości, może obejść wszystkie przepisy prawa.

Jedyne zabezpieczenie stanowi to, że za kilka lat znowu będą wybory powszechne, a jeśli większość naruszająca prawo przegra, to może zostać pociągnięta do odpowiedzialności politycznej i karnej. Jednak pokusa byłaby dla podłej ludzkiej natury zbyt duża, gdyż mało kto myśli poważnie, co się z nim stanie za kilka lat. Dlatego mamy w demokracji kilka instytucji, które powodują, że ewentualna tyrania większości zostanie ograniczona lub uniemożliwiona. Są to instytucje demokratyczne co do genezy, ale niewłączone do demokratycznego procesu wyborczego. Najważniejszymi spośród nich są Trybunał Konstytucyjny i bank centralny.

Na rolę trybunałów konstytucyjnych było w ciągu ostatnich dekad wiele narzekań w wielu demokratycznych krajach, na przykład szczególnie wyraźne we Francji. Z reguły chodziło o to, że trybunały czy sądy konstytucyjne podejmowały decyzje nie tylko prawne, ale także mające konsekwencje polityczne. Zgoda, ale nie ma innego wyjścia. Niektóre decyzje prawne mają nikłe konsekwencje polityczne dla ogółu obywateli, natomiast inne – ogromne. I nie da się tego uniknąć w żadnej instytucji wymyślonej przez ludzi. Żeby Trybunał Konstytucyjny nie podlegał krytyce, musielibyśmy mieć państwo teokratyczne, a decyzje trybunału byłyby w istocie decyzjami Pana Boga. To jednak nie byłaby demokracja.

Musimy się zatem pogodzić z tym, że instytucje demokratyczne nie są idealne i doskonałe. Na tym zresztą polega ich urok. A jednocześnie musimy się poddać w demokracji regułom prawa, które czasem musi z kolei podlegać interpretacji, a więc potrzebne są nie tylko sądy, ale także sądy dotyczące prawa, czyli sądy konstytucyjne. Jeżeli ograniczymy rolę trybunałów konstytucyjnych, nie tylko złamiemy prawo, ale i podważymy sens demokracji; demokracji takiej, jaką znamy. Tyrania większości zatem jest zawsze możliwa i trzeba zachować czujność, a w najgorszym razie przysługuje nam zasada obywatelskiego nieposłuszeństwa, która może przybrać bardzo łagodne, ale także bardzo ostre formy. Oby tak nie było.