Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało w swoim programie wyborczym oświatową rewolucję. Mało który element systemu szkolnego miał zostać tam, gdzie pozostawili go poprzednicy. PiS chce sześciolatki posłać z powrotem do przedszkoli, liceum wydłużyć, gimnazja zlikwidować, podstawę programową zmienić, testów się pozbyć, a powołać Instytut Programów, Wychowania i Podręczników. To tylko skrót najważniejszych edukacyjnych pomysłów ugrupowania.

Co było łatwo napisać w programie, zrealizować jest jednak trudniej. Do dziś jedynym konkretem, który poszedł za słowami polityków PiS, pozostaje ustawa sześciolatkowa, która faktycznie trafiła do Sejmu (pierwszego czytania wciąż jednak nie było). Z realizacją pozostałych zapowiedzi tak łatwo już nie idzie.

Choćby budząca najwięcej komentarzy likwidacja gimnazjów. W wakacje Sławomir Kłosowski, typowany wówczas na ministra edukacji, mówił w wywiadach, że gimnazjum się nie sprawdziło, że jest w nim więcej przemocy niż nawet w szkołach zawodowych. Jeszcze we wrześniu szef rady programowej PiS Piotr Gliński zapowiadał na antenie RMF FM, że gimnazja zostaną zlikwidowane od 2016 r. Mieliby do nich nie iść już obecni szóstoklasiści. Inni posłowie szybko zaczęli się wycofywać z tej deklaracji. Marzena Machałek jeszcze tego samego dnia powiedziała w rozmowie z DGP, że gimnazja nie będą likwidowane, ale wygaszane. I nie od 2016, ale najwcześniej od 2017 r.

Minister Anna Zalewska przekaz zaczęła rozmiękczać jeszcze bardziej. Ona także mówiła o wygaszaniu (które brzmi dużo delikatniej niż likwidacja), a następnie dodała do niego też inny fragment narracji – że partii wcale nie przeszkadzają gimnazja, ale to, że liceum nie jest już czteroletnie, więc nie kształci tak dobrze, jak kiedyś. Słowem: kowal zawinił, cygana powiesili.

To samo w czasie debaty w siedzibie Związku Nauczycielstwa Polskiego mówił Mirosław Sanek, szef gabinetu politycznego minister. Choć inni uczestnicy prosili go, by powiedział jasno – gimnazjum będzie czy nie – ten wykręcił się, odpowiadając, że Anna Zalewska będzie chciała spotykać się w tej sprawie z partnerami społecznymi. W rozmowie po zakończeniu panelu potwierdził też wcześniejsze zapowiedzi pani minister: w grudniu pomysł, w styczniu – harmonogram jego konsultacji.

A tymczasem w ubiegły wtorek na stronie resortu pojawił się komunikat. „W MEN nie toczą się żadne prace w sprawie gimnazjów” – napisali urzędnicy. „Wszelkie tego rodzaju zmiany będą poprzedzone identyfikacją i analizą obecnej sytuacji oraz szerokimi konsultacjami społecznymi” – dodali.

Konsultacje de facto już się jednak toczą i wcale nie mają dla PiS pozytywnego wyniku. Społeczne Towarzystwo Oświatowe ogłosiło, że rozpoczyna zbiórkę podpisów pod petycją w obronie gimnazjów. ZNP przepytał o ocenę potencjalnej zmiany 71 tys. nauczycieli – ponad 80 proc. z nich widzi ją w czarnych barwach. Związkowcy montują koalicję w obronie tych szkół. Także Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty wystosowało do MEN oficjalny protest. Na Facebooku jedna po drugiej wyrastają inicjatywy „Nie dla likwidacji gimnazjów”. Choć jednocześnie ponad 60 proc. Polaków popiera pomysł PiS (sondaż panelu Ariadna dla DGP), to są to jaskółki zapowiadające być może większy społeczny opór.

Ale gimnazja to niejedyny obszar, w którym przedstawiciele PiS najpierw dużo naobiecywali, a później zaczęli rozmiękczać wypowiedzi. Podobnie ma się sprawa z Instytutem Programów, Wychowania i Podręczników. Jeszcze przed wyborami Stanisław Kłosowski zapowiadał, że ta nowa, niezależna od MEN instytucja będzie zrzeszać oświatowych ekspertów, którzy pochylą się nad podstawami programowymi, napiszą nową listę lektur i zajmą się podręcznikami. Po wyborach o pomyśle ciszej. Pytana przez nas o instytut minister Zalewska przekonywała, że resort zajmie się tym w styczniu. Część jego zadań już jednak rozdysponowuje. Jak wynika z naszych informacji, ministerstwo właśnie kompletuje zespół, który zajmie się kwestią wyboru nowych lektur szkolnych. Także prace nad podstawą programową ruszyły bez oświatowego think tanku. Minister Zalewska spotkała się w tej sprawie z Karoliną i Tomaszem Elbanowskimi, których stowarzyszenie przygotowało własną podstawę programową dla najmłodszych klas. Szefowa resortu edukacji przyznała, że ten głos będzie dla niej ważny przy okazji podniesienia wieku startu szkolnego.

Z nieoficjalnych rozmów z urzędnikami wiemy, że Anna Zalewska w pracy ministra najbardziej boi się powtórki z okresu urzędowania Romana Giertycha, kiedy przed MEN przychodzili uczniowie z transparentami „Giertych do wora, wór do jeziora”. Rzucanie ostrych stwierdzeń i czekanie na reakcję może być więc sondowaniem, co może się wydarzyć, jeśli MEN będzie podejmować trudne decyzje.

I dobrze. Bo jak wiadomo z pism klasyka rewolucji, jeden nieostrożny krok w przód może przynieść dwa kroki wstecz. W tym przypadku – z jednej strony partii. Z drugiej – polskiej oświacie w ogóle.