Wszystko zaczęło się od informacji o pożarze w biedniejszej, imigranckiej części Ajaccio. Strażacy, którzy przybyli na miejsce, zostali zaatakowani przez grupę miejscowej muzułmańskiej młodzieży uzbrojonej w kije. Następnego dnia mieszkańcy miasta zorganizowali protest przeciw tej agresji. Przy tej okazji jednak grupa wandali zaatakowała miejscowy meczet i zniszczyła egzemplarze Koranu. Pojawiły się hasła antyislamskie i antyarabskie. Bojąc się wybuchu jeszcze silniejszych antymuzułmańskich zamieszek, władze miasta wydały zakaz manifestacji. Wydarzenia potępił rząd francuski, z premierem Manuelem Vallsem i prezydentem François Hollandem na czele.

Zamieszki na Korsyce nie mają charakteru jedynie lokalnego zdarzenia, a są raczej przejawem szerszego problemu, jakim jest dla całej Francji porażka tamtejszego systemu integracji muzułmanów. W większości francuskich miast muzułmanie, choćby byli już drugim pokoleniem z obywatelstwem francuskim w kieszeni, żyją na ogół na przedmieściach. W gorszych, biedniejszych dzielnicach. Są gorzej wykształceni i wykonują najprostsze, stojące najniżej w hierarchii prace. Często żyją głównie z zasiłku rodzinnego i socjalnego. Ich szanse na awans społeczny i finansowy są marne. Są coraz bardziej sfrustrowani i wściekli. Ale sfrustrowani i wściekli są też niemuzułmańscy Francuzi, którzy mają wrażenie, że płacąc podatki, żywią własnych wrogów. Którzy boją się rosnącej przestępczości. I tego, że do niektórych dzielnic Paryża czy Marsylii policja nawet nie próbuje wchodzić. I którzy boją się postępującej islamizacji Francji. Stąd rosnące poparcie dla Frontu Narodowego. Czas nie rozwiązuje tego problemu, a wręcz odwrotnie - wraz ze zwiększającą się populacją muzułmańską, problem narasta.

Jesienią 10 lat temu wybuchły zamieszki na przedmieściach Paryża. Zaczęło się od niewielkich przepychanek, skończyło na potężnych starciach muzułmańskiej młodzieży z policją, tysiącach spalonych samochodów, zdemolowanych i okradzionych sklepach. Tamte zamieszki okazały się trampoliną do prezydentury dla ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, Nicolasa Sarkozy’ego. Sarkozy użył wtedy języka do tamtej pory zarezerwowanego dla skrajnej prawicy. Nazwał muzułmanów chuliganami i zapowiedział walkę z dotychczasowym modelem integracji. To pomogło mu zwyciężyć dwa lata później w wyborach prezydenckich.

Po listopadowych zamachach w Paryżu atmosfera we Francji jest napięta. Media i policja - ze względu na polityczną poprawność - boją się mówić o skali zamieszek i o ich  kontekście. Ale w tym wypadku przemilczenie nie rozwiąże problemu, podobnie jak tworzenie kordonów sanitarnych wokół Frontu Narodowego. Francja stoi na drodze poszukiwania rozwiązania. Czy będzie ono tak drastyczne, jak odbieranie obywatelstwa i deportowanie (pytanie, dokąd?) najbardziej agresywnych uczestników/inicjatorów zamieszek i najbardziej radykalnych mułłów?

Problem nie jest ani jeden, ani nie jest prosty. To z jednej strony postępująca islamizacja, ale także eskalacja napięć i przerodzenie się ich niemalże w wojnę domową. Kaganiec politycznej poprawności wcale tego ryzyka nie zmniejsza, a wręcz odwrotnie - bo to, co przemilczane, może eksplodować z jeszcze większą siłą.

Wracając do samej Korsyki, to sytuacja tam ma jeszcze inne tło. To tendencje separatystyczne wyspiarzy. W ostatnich wyborach regionalnych partia Dla Korsyki, która domaga się jeszcze większej autonomii dla wyspy, otrzymała najlepszy w historii wynik - 35 proc. głosów. Zdeklasowała tym samym centroprawicę, socjalistów i Front Narodowy. I jak słusznie zauważył jeden z francuskich komentatorów, obecne napięcie określane jest jako zamieszki między "ludnością korsykańską" a "ludnością muzułmańską". Żadna z tych grup nie jest określana jako Francuzi…