Ależ tak! To przecież dobrze mi znane z lat 70. XX w. kino moralnego niepokoju. Wstrząsnęło mną to odkrycie. Wszak kino owo piętnowało „błędy i wypaczenia” poprzedniego systemu. To miało się już nigdy nie powtórzyć. Traktowanie ludzi jak śmieci, deptanie ich godności, łamanie ich charakteru, niszczenie solidarności przez napuszczanie jednych na drugich, cyniczna gra władzy z poddanymi, niesprawiedliwość i demoralizacja wywołana warunkami systemowymi, działania określonych instytucji, korupcja, bieda i brak empatii wobec słabszych, nie mówiąc już o wciąż tych samych problemach kobiet, zmagających się samotnie z okrutnym i bezdusznym światem mężczyzn. Wszystko tak samo jak w filmach moralnego niepokoju, w „Personelu” Krzysztofa Kieślowskiego, „Aktorach prowincjonalnych” Agnieszki Holland czy „Indeksie” Janusza Kijowskiego. Filmy te były sygnałem śmiertelnej choroby, która toczyła polski system polityczny i społeczny dekady gierkowskiej. Uprzedzały bieg wypadków. A wypadki te to nic innego niż wielki bunt z lat 1980–81, powstanie Solidarności i załamanie się poprzedniego systemu.

Teza, którą chciałbym teraz postawić, jest ryzykowna i z pewnością wywoła w wielu czytelnikach oburzenie, ale moim zdaniem jest uzasadniona. Gdyby poprzednia władza (sprzed ostatnich wyborów) oglądała takie filmy jak „Dzień kobiet” i potrafiła potraktować je jako znak pewnych bardzo złych procesów trapiących polskie społeczeństwo, miałaby szansę na zmianę polityki (tak jak szansę na zmianę polityki miała władza gierkowska, gdyby potrafiła odczytać sygnały płynące z kina moralnego niepokoju, choć nie ulega żadnej wątpliwości, że tylko przedłużyłoby to nieuchronną agonię starego systemu). Zignorowała jednak te filmowe sygnały, tak jak zignorowała wiele innych. Skutki znamy.

Analogie z okresem gierkowskim są jednak znacznie większe. Po pierwsze, tak dziś jak wtedy faktycznej degrengoladzie systemu towarzyszyła propaganda sukcesu. Po drugie, tak samo dziś jak onegdaj istnieją pewne mechanizmy wbudowane w system polityczny, które pozwalają na zaistnienie wszystkich tych niekorzystnych zjawisk, o których pisałem powyżej. Oto bowiem tak zarówno dziś, jak i wtedy nikt nie broni słabszych, państwo odwróciło się od nich plecami. Przy czym w przypadku tzw. realnego socjalizmu była jeszcze jakaś szansa, aby zanegować zły stan rzeczy przez porównanie tego, na czym oficjalnie wspierał się system, tzn. deklaratywną władzę klasy robotniczej, z faktycznym (żałosnym) jej położeniem społecznym i politycznym, gdy dziś nic takiego nie może mieć miejsca, albowiem system, który zbudowaliśmy po 1989 r., jakiegokolwiek znaczenia klasie tej odmawiał. Nie idzie zresztą jedynie o klasę robotniczą, ale o pracowników najemnych jako takich, których pozycja w dzisiejszym kapitalizmie polskim jest bardzo słaba. Poprzedni system przynajmniej utrzymywał fikcję możliwości zwrócenia się do władzy o ochronę w imię jej własnej ideologii, dzisiejszy nawet tego pracownikom odmawia. Są pozostawieni sami sobie. A samotność ta wynika także, tak samo dziś jak kiedyś, ze słabości ich form samoorganizacji. Pracowników w poprzednim systemie nie chroniły związki zawodowe, choć były, i nie chronią dziś, bo ich prawie nie ma. A wynika to z analogicznego mechanizmu myślenia o relacjach pracodawca – pracownik. I to jest trzeci aspekt podobieństwa pomiędzy systemem starym i nowym.

Mechanizm ten to paternalizm. Polega on na tym, że uznaje się, iż istnieje jakaś instancja, która lepiej od samego zainteresowanego wie, co jest w jego interesie, co jest dla niego dobre. W tzw. realnym socjalizmie partia komunistyczna wychodziła z ideologicznie uzasadnianego przekonania, że pracownicy nie muszą się samoorganizować, albowiem strażnikiem ich interesów jest sama partia (organizując się, de facto organizowaliby się przecież przeciwko samym sobie), dziś popularna jest ideologia mówiąca o tym, że pracownicy nie muszą się samoorganizować, albowiem pracodawca jest najlepszym gwarantem realizacji ich interesów i zawsze lepiej wie od nich samych, co jest dla nich dobre, a co złe.

Ideologia ta jest zresztą tak stara, jak stary jest sam kapitalizm. Wspiera się ona zawsze na złudnym wyobrażeniu zakładu pracy jako wielkiej rodziny, w której sprawy załatwia się sprawiedliwie i bez wychodzenia z nimi na zewnątrz, albowiem na straży pomyślności całości stoi dobry „ojciec” (właściciel), który zawsze dba o dobro swych „dzieci” (pracowników). Dzisiejsza popularność tej ideologii pokazuje, że w pewnym sensie nasze myślenie o relacjach pracodawca – pracownik wróciło do XIX w. I że wszystko (walkę pracowników o swojej prawa) trzeba zaczynać od nowa. Smutne to odkrycie. Tym bardziej że po drodze mieliśmy wszak doświadczenie Solidarności, które dawało nadzieję na to, że samotność pracowników się nie powtórzy, a ich godność nigdy już nie będzie deptana. Złudną nadzieję. Nadto powstał system, w którym, tak jak kiedyś, klasa polityczna oderwała się od społeczeństwa i zaczęła żyć w swoim własnym świecie. I tak jak w poprzednim systemie oburzenie na „onych” powoli napędzało gniew i bunt. Tyle że wtedy mieliśmy nadzieję na jego całkowitą zmianę, dziś nie ma o tym nawet mowy, wszak system już kiedyś uległ zmianie, a nowy jest przecież najlepszy ze wszystkich (nieprawdaż?). Zmianie, która nastąpiła już po okresie, gdy były jeszcze nadzieje na naprawę tego, co było, wedle hasła: „Socjalizm tak! Wypaczenia nie!”. Czyż i dziś nie mamy de facto do czynienia z analogiczną sytuacją, czyż nie mamy ochoty zawołać: „Kapitalizm tak! Wypaczenia nie!”? I czyż tak jak kiedyś nie jest to jedna z ostatnich szans dla sytemu, aby uległ faktycznej, a nie pozorowanej korekcie, w przeciwnym razie bowiem zostanie uznany (tak jak jego poprzednik) za niereformowalny? Z wiadomymi skutkami, przed którymi ostrzegam.

Jeśli jednak do takiej korekty ma dojść, to ostatni kryzys na świecie trzeba potraktować serio i nie zamykać oczu na jego faktyczne przyczyny (degenerację neoliberalnego turbokapitalizmu).

Tak jak serio trzeba potraktować ostatnią zmianę władzy w Polsce, nie jako wynik znudzenia „ciepłą wodą w kranie”, ale jako wynik frustracji i gniewu, które mają rzeczywiste, a nie urojone przyczyny ekonomiczne i społeczne.

I to o nich wciąż warto rozmawiać z nadzieją, że ktoś wreszcie je zauważy i postanowi dokonać daleko idącej korekty systemu w naszym, lokalnym jego wydaniu. Jednym z najważniejszych elementów owej korekty musi być powrót do samoorganizacji pracowników oraz zmiana relacji pomiędzy pracodawcami i pracownikami z paternalistycznych na partnerskie, a także powrót państwa do roli obrońcy słabszych ekonomicznie i społecznie, roli, z której wycofało się ono już dawno, sprzyjając de facto realizacji interesów silniejszych.

Chcę być dobrze zrozumiany. Nie twierdzę, że nowy system polityczny i ekonomiczny jest równie zły jak poprzedni. Jest z pewnością lepszy, choćby dlatego, że dziś mogę o jego wypaczeniach pisać otwarcie, gdy kiedyś musiałbym zadowolić się pokątnym narzekaniem, że w wielu aspektach naszego życia odzyskaliśmy godność, którą poprzedni system nam zabierał. Argumentów na rzecz nowego jest dużo, ekonomicznych, społecznych, politycznych, i są one niepodważalne. Ale wszystko to nie powinno nam przysłaniać zdumiewającej i zawstydzającej ciągłości pewnych problemów, z którymi się zmagamy. Warto je dostrzegać, choćby po to, aby wreszcie ową fatalną ciągłość przerwać.

Nasze myślenie o relacjach pracodawca – pracownik wróciło do XIX w. Więc walkę o swoje prawa trzeba zaczynać od nowa. Smutne to odkrycie. Tym bardziej że mieliśmy doświadczenie Solidarności, które dawało nadzieję na to, że samotność pracowników się nie powtórzy, a ich godność nigdy już nie będzie deptana