Jak pisaliśmy wczoraj, opinia Służby Prawnej Rady Unii Europejskiej o mechanizmie obrony państwa prawa, który Komisja Europejska postanowiła zastosować wobec Polski, podważa legalność tego mechanizmu. Dokument był utajniony. Klauzulę zdjęto z niego dopiero niedawno. Prawnicy z KE musieli jednak go znać i zapewne poinformowali o nim komisarzy. Pomimo to Komisja postanowiła użyć tego instrumentu. Sam fakt stworzenia w marcu 2014 r. tegoż mechanizmu był, z formalnego punktu widzenia, dziwaczny. Lepiej tłumaczyła to czysta polityka.

Komisarze, konkretnie Viviane Redding oraz szef KE Jose Manuel Barroso, chcieli mieć możliwość zdyscyplinowania Węgier. To z myślą o nich, tuż po ponownie wygranych przez Orbana wyborach parlamentarnych, powstał mechanizm. Tylko że tworząc go, przedstawiciele KE wkroczyli w kompetencje krajów członkowskich. Jeszcze krok dalej poszli Jean-Claude Juncker i Frans Timmermans. Rozumiem ich argumentację (taka sama przyświecała zresztą dwa lata temu architektom mechanizmu): osławiony art. 7 jest ostatecznością i sięgnięcie po niego mogłoby mieć zbyt daleko idące konsekwencje dla wszystkich. Stąd chęć zadziałania za pomocą narzędzia znacznie łagodniejszego. Jest nim właśnie omawiany mechanizm.

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że w wypowiedziach i działaniach dotyczących Polski o samą Polskę niektórym przedstawicielom instytucji unijnych chodzi najmniej. Mamy raczej do czynienia z kolejnym przykładem rywalizacji między instytucjami. Tu konkretnie gra idzie o kompetencje krajów członkowskich (reprezentuje je Rada). Komisja chce zwiększać swoją pozycję kosztem niezależności krajów członkowskich. Zgodnie z zasadą, że im silniejsza Komisja, tym słabsza Rada. Juncker jako szef KE od początku jasno stawiał sprawę: chce, aby instytucja, którą kieruje, była silna i autorska. Temu też służyła jej reformaJuncker pozmieniał kompetencje komisarzy, jako pierwszy wprowadził parytety płciowe i zażądał od krajów członkowskich przedstawienia po dwóch kandydatów na komisarza, by móc mieć większy wpływ na ich wybór. Jego Komisja jest o wiele bardziej polityczna od tej pod wodzą Jose Manuela Barroso.

Co ważne, prawą ręką Junckera jest Holender – Timmersmans, który ma bardzo podobne poglądy na większość europejskich problemów. Panów lekko może różnić retoryka, ale treść jest ta sama. Są zwolennikami jeszcze ściślejszej integracji europejskiej i mocniejszej roli instytucji (kosztem kompetencji rządów narodowych), idącej wręcz w stronę eurofederalizmu. Stąd metoda faktów dokonanych (mechanizm wobec Polski). Nawet wbrew opiniom takim jak te, które powstały w Radzie UE.

Swoje do ugrania ma też Parlament Europejski, dowodzony przez superambitnego Martina Schulza. Dzisiejsza debata na temat Polski jest dość przewidywalna. Oglądałam te odnoszące się do Węgier. To kłótnie, często na poziomie pyskówek, w których górę nad argumentami merytorycznymi brały najczęściej emocjonalne tyrady. Nie inaczej będzie w przypadku Polski. Poszczególne grupy polityczne będą chciały przy tej okazji załatwić swoje interesy – czyli lewica i liberałowie nie przepuszczą tej okazji, by zaatakować kraj (i poglądy) konserwatywne. Eurosceptycy wykorzystają to natomiast, by pokazać absurdy unijne i udowodnić, że Bruksela przekracza swoje kompetencje i w sumie Unia Europejska nie jest nikomu potrzebna. Posłowie z poszczególnych krajów też (w większości) będą reprezentować ich interesy. Zasadniczo posłowie będą chcieli pokazać, że Parlament jest liczącą się siłą. Równym partnerem i dla Komisji, i krajów członkowskich.

Pamiętam burzliwe i trudne negocjacje dotyczące wieloletniej perspektywy finansowej na lata 2014–2020. Poza aspektami merytorycznymi była to walka wręcz na kompetencje i ostrzenie pazurów zwłaszcza przez Parlament. Schulz wykorzystał okazję, by pokazać krajom członkowskim, że Parlament jest siłą, z której głosem trzeba się liczyć. I by cel osiągnąć, nie wahał się grozić użyciem weta PE wobec negocjacji budżetowych. Udało mu się zwiększyć (choć nie tak bardzo, jak chciał) budżet unijny. Wówczas cel był chwalebny – szczodra perspektywa unijna. Ale środki, jakimi go osiągano, nieco mniej. Parlament ugrał w tym czasie jeszcze jedno: swój większy wpływ na nominację szefa Komisji Europejskiej. Do tej pory ustalali to między sobą na zamkniętych posiedzeniach szefowie krajów członkowskich. Tymczasem dzięki staraniom PE (głównie Schulza i Verhofstadta, którzy sami chcieli objąć to stanowisko) poszczególne frakcje polityczne mogą same mianować (w prawyborach) swoich kandydatów na szefa Komisji. I o tym, kto zostanie tymże szefem, decyduje wynik wyborów do europarlamentu (jak chadecy mają najlepszy wynik, to z ich frakcji wywodzi się nowy przewodniczący KE). To, choć przeprowadzone w imię zwiększania przejrzystości procesu podejmowania decyzji, także ograniczyło w pewnym stopniu kompetencje szefów rządów.

Mechanizm obrony praworządności zastosowany wobec Polski jest precedensem, który poszerza kompetencje Komisji o kolejny obszar. Mała awantura jest najlepszą okazją do zawojowania kolejnych uprawnień.