Daleka jestem od histerii, z jaką niektórzy reagują na nowy kształt prokuratury. Ten, w którym jej szef będzie członkiem Rady Ministrów i będzie miał większy wpływ na to, jak ta struktura funkcjonuje. Co do szczegółów na pewno można się spierać: ile interwencji w śledztwa, ile gwarancji niezależności. Ale co do zasady nie będę politycznego pomysłu Zbigniewa Ziobry potępiać w czambuł. Tym bardziej że nowa prokuratorska ustawa zawiera też przepisy ewidentnie słuszne: choćby te o dociążeniu wyższych szczebli pracą śledczą czy o jawności postępowań dyscyplinarnych. Prokuratura ma być wydajna, skuteczna, odpowiedzialna za swoje czyny.

Nijak mi się jednak ta reforma nie klei z drugą, prowadzoną równolegle, która zakłada powrót do PRL-owskiego modelu procesu karnego. Wspólną troską oskarżyciela i sędziego jest w nim znalezienie dowodów, które pozwolą skazać oskarżonego. Mam déja vu – ledwie przed rokiem pisałam: „jest powodem prokuratorskiej chluby każde skazanie. Skazanie oznacza, że oskarżyciel był skuteczny. W aktualnym stanie prawnym oznacza też, że nawet jeśli nie był do końca skuteczny, to utrzymać akt oskarżenia pomógł mu sędzia. Tak więc Prokuratura Generalna od lat szczyci się wskaźnikiem skuteczności dobijającym do 100 proc.: tylko mniej niż co 10. oskarżony wychodzi z sądu z wyrokiem »niewinny«”. Od kwietnia słowa te znów staną się niestety prawdziwe.

I w związku z tym nie mogę się zdecydować, która ze struktur w nowym-starym stanie prawnym będzie bardziej zbędna: sądy karne, których decyzje z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością znów pokrywać się będą z decyzjami prokuratorów? Czy prokuratura, na którą rok w rok budżet wydaje miliony, a która – zgodnie z decyzją ustawodawcy – nie jest nawet w stanie dźwignąć odpowiedzialności za własne postępowanie dowodowe, jakie formalnie prowadzi przed sądem?

Od lat nie zmienia się jedno: gdyby wyrzucanie pieniędzy w błoto było dyscypliną olimpijską, bylibyśmy potęgą. Stać nas na utrzymywanie Senatu – o którym politycy wprost mówią, że jest czystą formalnością; stać nas na referendum za 100 mln zł, o którym z góry wiadomo, że nie ma znaczenia. Dlaczego więc miałoby nas nie być stać na utrzymywanie 6 tys. śledczych, którzy za nic nie odpowiadają? Nigdy wszak nie wiadomo, kiedy mogą się przydać...