I zabawne – mimo, że większość krajów zgadza się ze stanowiskiem Grupy Wyszehradzkiej, oficjalnie - ze względu na polityczną poprawność - mało kto oficjalnie je popiera.

Co do kwestii rozwiązania problemu uchodźców oficjalnie są dwa obozy: krajów grupy Wyszehradzkiej (Czechy, Słowacja, Polska i Węgry) i reszty Unii Europejskiej. Nieoficjalnie są dwa inne obozy: Niemcy kontra reszta Unii. A problem uchodźców daleki jest od rozwiązania.

Wysocy rangą przedstawiciele instytucji unijnych przyznają, że wiosną można się spodziewać wielkiej fali uchodźców: nawet 3-4 milionów ludzi. Co robić? Polityka polegająca na przymusowych kwotach uchodźców, polityka jak radosna niemiecka polityka wilkommen okazują się porażką. Dla wszystkich jest to oczywiste; poza kanclerz Angelą Merkel i niektórymi przedstawicielami Komisji Europejskiej. Niemcy mają zresztą swoją kolejną propozycję w tym zakresie. Otóż jedna ze słabych stron przymusowych relokacji polega na tym, że uchodźcy przydzieleni do np. Polski czy Litwy bardzo szybko będą się próbowali przedostać z tych krajów do Niemiec lub ewentualnie Austrii lub Litwy.

Co zatem proponują Niemcy? Przede wszystkim, by uchodźcy w kraju, który został im wyznaczony (dalej nie wiadomo, na jakiej zasadzie) musieli zostać co najmniej przez 3 lata. Dopiero po tym czasie będą ewentualnie mogli starać się o wyjazd. Jeśli jednak uciekną przed czasem i zostaną złapani, to wówczas będą odesłani  i tym razem przez 6 lat nie będą mogli z danego wyjeżdżać. Brzmi to idiotycznie z dwóch powodów. Brakuje jasnych kryteriów rozdziału. Po drugie, jeśli już mają być odsyłani, to czemu nie do obozów dla uchodźców? Tak wygląda propozycja niemiecka.

Poza nią Niemcy uparły się, by kluczem do rozwiązania sytuacji była ścisła współpraca z Turcją, która ich zdaniem jest całkowicie wiarygodnym partnerem. Argumenty niektórych krajów, że Turcja sprytnie wykorzystuje (a może nawet i generuje) kryzys z uchodźcami, by maksymalnie wykorzystać hojność europejską są zbywane przez Berlin. A Turcja ma otrzymać 3 mln euro na obozy dla uchodźców. I wcale nie ma pewności, że na tym się skończy. Bo prezydent Erdogan domaga się dodatkowo ustępstw politycznych – w stylu ruchu bezwizowego i przyśpieszenia integracji europejskiej.

I Niemcy, które przez 40 lat blokowały integrację Turcji, teraz zapraszają Ankarę do Unii Europejskiej w trybie szybszym. Berlin ma nadzieję, że współpraca z Turcją (która będzie według tego założenia przetrzymywać uchodźców w obozach dla nich) oraz z NATO (którego okręty będą monitorować sytuację na Morzu Śródziemnym) wystarczą do rozwiązania sytuacji. Co gorsza, w swojej przedziwnej logice Niemcy chcą szantażować pozostałe kraje zawieszeniem strefy Schengen. Jeśli zostanie przyjęty plan proponowany przez Grupę Wyszehradzką (czyli pomoc dla Macedonii i zablokowanie szlaku bałkańskiego przy jednoczesnym wzmocnieniu granic), to Berlin będzie musiał przywrócić kontrole na niemieckich granicach. Tak wygląda punkt widzenia prezentowany przez niemieckich polityków. Logika jest to co najmniej dyskusyjna, bo raczej powinno być odwrotnie.

I najciekawsze w tym wszystkim jest, że większość krajów unijnych – co wiadomo od ich dyplomatów – po cichu zgadza się z koncepcją Grupy Wyszehradzkiej. Ale oficjalnie nie przyłączają się do tego stanowiska. Dlaczego? Bo działania Grupy Wyszechradzkiej zostały określone jako niesolidarne, nieeuropejskie i niewspólnotowe i nikt prawie nie chce z tym "złym klubem" mieć nic wspólnego. To triumf poprawności politycznej, europejskiego mainstreamu i braku rozsądku jednocześnie. Bo do tak trudnych problemów, jakim jest kwestia napływu uchodźców, powinno się podchodzić bez uprzedzeń i po prostu pragmatycznie.

Na szczycie poza teatrem, jakim są negocjacje z Wielką Brytanią w sprawie jej dalszego pozostania w Unii Europejskiej, dojdzie zatem także do starcia dwóch koncepcji rozwiązania problemu uchodźców. I nie będą to łatwiejsze od brytyjskich negocjacje.