Obrażanie tradycji politycznych naszego największego sojusznika i największej potęgi wojskowej świata przez szefa resortu obrony narodowej jest dość specyficzną metodą budowania relacji w sytuacji, gdy oczekujemy od tego sojusznika, że obroni nas przed agresją naszych wiecznie miłujących pokój sąsiadów. Ocenę tej taktyki pozostawiam Państwu.

Słowa ministra – z wykształcenia historyka, wywołują jeszcze jedną, aktualną politycznie, a przede wszystkim konstytucyjnie refleksję. Polska ma bardzo długą tradycję podejmowania prób reform ustrojowych i społecznych, mających na celu ratowanie bytu państwa. I niestety nie jest to tradycja szczególnie udana. Od zmierzchu ruchu egzekucyjnego i planów wielkiego kanclerza Jana Zamoyskiego Rzeczpospolita raz po raz zaczynała coraz bardziej rozpaczliwe zmiany swojego ustroju. Były to próby mające wiele wspólnego z dzisiejszym ambitnym programem naprawy państwa przedstawionym przez Prawo i Sprawiedliwość.

W szczerość intencji, wiarę w to, że państwo trzeba naprawić, i częstą trafność diagnozy przedstawianej przez PiS nie wątpię. Tym bardziej martwi mnie to, że działania obecnej władzy wpisują się w smutną polską tradycję prób naprawy skazanych na niepowodzenie związane z tym, że są to próby rewolucyjne i w pewnym sensie totalne.

Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Financial Timesa” stwierdził, że Polska potrzebuje radykalnej zmiany. O konieczności budowy nowego, w domyśle lepszego, państwa przekonują nas rządzący choć jak w rozmowie z DGP przyznała premier Beata Szydło, wiedzą, że nie będzie łatwo.

To założenie: wszystko albo nic, albo naprawa pełna, albo udawana, jest polskim przekleństwem. Polecam krytyczną lekturę dzieł wielkiego Jerzego Łojka, aby prześledzić tę zgubną tradycję. Reforma musi być całkowita, aby była autentyczna, wszystkie kompromisy, wszystkie szarości sprawią, że nadal będzie tak, jak jest.

Zamiast po potopie usprawnić działanie Sejmu stronnictwo królewskie forsowało elekcje vivente rege – skutek: upadek całego projektu. Zamiast stopniowo usprawnić Sejm, Jan III Sobieski gnał za ułudą monarchii dziedzicznej i zgubił szanse na naprawę państwa na bezdrożach Mołdawii. Zamiast dogadać się ze średnią szlachtą szukającą ochrony przed magnatami, August II porywał się na wielkie wojny i zamachy stanu. Skutek opłakany – Polska stała się rosyjskim satelitą. Zamiast reformować krok po kroku, Stanisław August Poniatowski i Familia chcieli narzucić krajowi skokową modernizację – skutek: pruska interwencja, konfederacja barska i pierwszy rozbiór.

No i wreszcie królowa polskich reform – wielka Konstytucja 3 maja. Wprowadzona ze złamaniem sejmowych procedur. Wsparta bezkompromisową polityką zagraniczną i udawaną reformą armii. Przetrwała rok. Kiedy trzeba jej było bronić, nasz zachodni sojusznik zostawił nas samych. Konstytucję czcimy, ale nigdy tak naprawdę nie weszła ona w pełni w życie.

Teraz też mamy budowę nowego państwa. Trybunał trzeba usunąć z drogi, bo na pewno będzie blokował zmianę. Stare instytucje nadają się tylko do zburzenia, trzeba nam nowych szklanych domów. Aby Polskę ocalić, trzeba ją zaorać.

To magiczne myślenie politycznych marzycieli, których świat nie rozumie. Po to najsprawniejsze państwa świata, takie jak Szwecja, Kanada czy Wielka Brytania, żmudnie budują niezależne instytucje, żeby ich zmiana była długa, trudna i wymagała kompromisów. Bo tylko taka sanacja państwa może być trwała, która jest ciężką pracą, a nie zalewem dekretów przypominających XVIII-wiecznych reformatorów, takich jak cesarz Józef II czy co gorsza duński polityk Johann Stuensee, którego smutne losy pozostają symbolem klęski marzeń o naprawie kraju.