Nie piszę tu o niefortunnych wypowiedziach ministra obrony o demokracji w Ameryce czy Polsce jako ofierze zamachów terrorystycznych. Chodzi o realne działania na krajowym podwórku. A tu analogie pomiędzy starym i nowym rządem są aż nadto widoczne

Pierwszą z nich jest brak pomysłu na to, co w armii ma być kupowane, i przeciąganie podejmowania decyzji. Choć oczywiste jest, że nowi włodarze resortu potrzebują czasu na zaznajomienie się ze skomplikowaną materią zakupów zbrojeniowych, to wydaje się, że po czterech miesiącach urzędowania powinny się pojawić pierwsze konkrety. Tymczasem jedyne, co warte zauważenia, to podpisanie postępowań przygotowanych jeszcze za czasów PO - modernizacji czołgów Leopard i zakupu zestawów przeciwlotniczych Poprad.

Jeśli chodzi o śmigłowce wielozadaniowe, to mimo hucznych deklaracji, że PiS na caracale się nie zgodzi, konkretów brakuje. Wciąż nie wiadomo, czy kupimy caracale (Airbus), blackhawki (Lockheed Martin) czy AW149 (AgustaWestland). Czy zrobimy jeszcze zupełnie co innego. Choć w kampanii wyborczej wszystko było jasne i proste, teraz najwyraźniej polityków partii rządzącej rzeczywistość nieco zaskakuje. I to mimo że już po wyborach deklarowali, iż kwestia śmigłowców powinna być rozstrzygnięta na początku roku. Dla przypomnienia: ten kontrakt ma wartość ponad 13 mld zł.

Jeszcze większe pieniądze wiążą się z obroną powietrzną i tarczą przeciwrakietową. Znów zaczęło się od fajerwerków. Na początku kadencji minister Macierewicz na sejmowej komisji obrony narodowej zadeklarował, że kontrakt na tarczę Wisła nie istnieje. I taka jest prawda. Ale teraz jesteśmy w punkcie, gdzie w kwestii potencjalnych zakupów mających chronić nasze niebo nie wiemy znów nic. Czy najpierw będziemy kupować Wisłę, czy stawiamy na obronę krótkiego zasięgu Narew, czy może zrobimy coś innego.

O ile z koncepcją PO można się było zgadzać lub nie, o tyle przekaz był jasny: zaczynamy od Wisły, polski przemysł pozyskuje technologię i potem ma w dużej mierze sam stworzyć Narew. Choć wszystko nie wyszło poza puste słowa, i tak było o krok dalej niż koncepcja PiS, której na razie po prostu nie ma. Przypominam: minęły cztery miesiące od objęcia urzędu, a PiS szedł do władzy, twierdząc, że jest gotowy do jej objęcia.

Kolejnym podobieństwem między tak krytykującymi się nawzajem rządami jest... finansowe bujanie w chmurach. Za czasów ministrów Tomasza Siemoniaka i jego zastępcy Czesława Mroczka było to mityczne 130 mld zł na modernizację do 2022 r. Proste liczenie budżetu na przyszłe lata pokazywało, że to kwota wyssana z palca. Teraz, za rządów PiS, dla odmiany mamy mowę o 17 brygadach obrony terytorialnej, które mają liczyć 35 tys. ludzi. Na pewno warto mieć jakiś pomysł na taką formację. Ale problem jest taki, że na razie nikt nie mówi o kosztach. Już praktycznie mamy przyklepany projekt, ale nie znamy kosztów, bo... departament budżetowy jeszcze ich nie policzył. Wiadomo, że takie zmiany to grube miliardy złotych wydawane przez lata. Problem w tym, że w MON nikt się nie wydaje tym przejmować.

Sytuacją, która przypomniała mi podróż w czasie do rządów PO, był dzień, w którym zwróciłem się do Wojskowego Biura Badań Społecznych z pytaniem o wyniki najnowszych badań na temat tego, co w wojsku piszczy. Publikacje pokazują np. to, że szeregowi chętniej giną za kolegów niż za ojczyznę. Wszelkie badania zostały jednak objęte klauzulą "zastrzeżone". Oczywiście tajny jest także wielki audyt zapowiadany przez ministra Macierewicza. PO z kolei utajniała dokładne wydatki na 14 programów modernizacyjnych - w ten sposób ukrywano fiasko niektórych z nich. Pytanie, co teraz chcą ukryć politycy.

Fatalne jest także to, że również za obecnego szefostwa dalej panuje swego rodzaju doraźność i brak stabilizacji w zbrojeniówce. O ile za poprzedników było to widoczne w ciągłych zmianach programów modernizacyjnych - sztandarowy przykład: pociski manewrujące na okrętach podwodnych  to teraz znów wiele rzeczy będzie przewróconych do góry nogami. Być może z tym trzeba się pogodzić – potrzeby wojska w niektórych materiach zmieniły się ze względu na zmianę sytuacji geopolitycznej w regionie.

Ale już np. to, że obecny prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej Arkadiusz Siwko przez wielu wskazywany jest jako przyszły (co ważne w nieodległej przyszłości) prezes Orlenu, a na jego miejsce ma przyjść obecny wiceminister MON Tomasz Szatkowski, na pewno ciągłości i stabilizacji w tej kluczowej dla polskiej armii spółce nie służy. Poza tym znów w PGZ widać, że zarząd jest nieco oderwany od rzeczywistości. Były szef Wojciech Dąbrowski mówił o tym, że PGZ stanie się jednym z dziesięciu największych koncernów zbrojeniowych w Europie. Obecny wiceprezes Maciej Lew Mirski twierdzi, że Polska Grupa Zbrojeniowa będzie brała udział w największych postępowaniach dotyczących modernizacji światowych armii.

By zejść nieco na ziemię - w ubiegłym roku PGZ nie wyeksportowała praktycznie nic. Kwiatków w tej firmie jest więcej - wcześniej były to dziwne zlecenia dotyczące choćby obsługi targowej, teraz symptomatyczne jest to, że siostra szefa gabinetu politycznego MON i zarazem rzecznika resortu Bartłomieja Misiewicza zostaje przyjęta na staż do PGZ (informację jako pierwszy podał "Newsweek"). Wcześniej na jedną dobę prezesem Polskiego Holdingu Obronnego został były poseł PiS (miał zastąpić byłego wiceministra z rządu PO).

Tych kilka spraw, a wyliczać można by więcej, pokazuje, że paralele między działaniami obydwu rządów (podkreślę - na krajowym podwórku) są aż nadto widoczne. Zmiana polega na tym, że teraz fruktami i profitami z rządzenia oraz odcinaniem obywateli od informacji zajmują się ludzie z innego obozu politycznego. Przymiotnik "dobra" wydaje się w tym przypadku nie mieć znaczenia.