Z nieustającym zadziwieniem czytam wypowiedzi socjologów i politologów dowodzących, że z tym podziałem to u nas wcale nie jest tak źle, że wojna polsko-polska to domena polityków, że to oni jątrzą i podburzają, a społeczeństwo niewiele sobie z tego robi. Na dowód swoich tez owi socjologowie i politolodzy wyciągają zestaw kolorowych tabel i wykresów i z satysfakcją objaśniają, że tu, szanowni państwo, widać, że Polacy są szczęśliwi, a tu, że zadowoleni. Czy tylko ja mam wrażenie, że coś tu jest nie tak? Wymyślona wojna? Społeczeństwo ogłupiane przez pozbawionych skrupułów polityków? Gdyby socjolog ten i ów zaszedł do jakiegoś urzędu na zaplecze, zobaczyłby, jak podział wygląda na żywo. A jeśli uznaje, że urząd rozpolitykowany, więc niereprezentatywny, mógłby zajrzeć do jednej albo drugiej cioci na imieniny i zobaczyć, jak się wujkowie sobie do oczu rzucają, i to wcale nie z powodu miłości rodzinnej. Albo zajechać do powiatu jednego i drugiego i popytać, dlaczego nauczyciele trzymają w tajemnicy, że byli demonstrować z KOD-em.

Wojna na górze to teatr, na dole to się dopiero dzieje. Tam jest dosłownie i na poważniej.

Że coś się tu nie zgadza, czarno na białym wyszło jesienią, gdy opublikowano kolejną „Diagnozę społeczną”, wielkie badanie postaw Polaków. Wnioski z niej płynęły optymistyczne tak bardzo, że aż nie do uwierzenia. Ludzie szczęśliwi, dobrobyt i dobrostan rozpanoszony, najlepsze czasy od wieków nam w Polsce nastały. A tu nagle buch: szczęśliwy lud wypiął się na władzę i przestawił wajchę, bo chciał zmian. Dobrych zmian, oczywiście.

No zaraz, ale który lud, ktoś zapyta. Kto ją wybrał i dlaczego? Czy to zmasowane PiS-owskie szwadrony okupowały urny wyborcze, czy może lemingi nie dość się rozbudziły, by wyjść z norek i głos z siebie wydać? Wygrali, bo mieli większość, czy wygrali, bo większości się nie chciało?

Mogliby tak mądrzy i mniej mądrzy długo przerzucać się argumentami, gdyby nie fakt pewien, który może umknąć uwadze. W naszej polityce od dawna nie chodzi o większość. Ta wyborów unika. Tym bardziej nie chodzi o wspólnotę. Te wszystkie opowieści o jedności to zasłona dymna. Dobrze brzmią, do niczego się nie przydają. Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Beata Szydło nie rządzą krajem, tylko jego częścią. Podobnie jak wcześniej Donald Tusk i Bronisław Komorowski. Reszta nie jest im do niczego potrzebna.

Połknęliśmy haczyk

Pamiętacie państwo czasy Leszka Millera? Był taki lewicowo-liberalny premier z SLD. Rządził między 2001 r. a 2004 r. Miał trochę zasług (zakończył negocjacje z Unią Europejską), wiele skandali korupcyjnych (najgłośniejsza to afera Rywina) i wielu wrogów. Jak to w polityce. Był też ostatnim premierem Polski. Rządził w czasach ostrego konfliktu, walka była zacięta, ale po jakie świństwa i podstępy strony by nie sięgały, z jakich dział nie strzelały do przeciwników, jednej zasady nikt nie podważał: demokratycznego wyboru Millera i jego praw do rządzenia. Wraz z nim to się skończyło. Po przejściowym premierze Marku Belce nastały w Polsce czasy półpremierów i półprezydentów.

Nie wiadomo, kto pierwszy na to wpadł. Może to Donald Tusk uznał, że jednym sposobem na zwycięstwo jest stworzenie dwóch narodów na jednej ziemi? A może Jarosław Kaczyński wykoncypował, że bez podległej tylko wodzowi części społeczeństwa nie zrealizuje własnego projektu politycznego? Pomysł był przerażający w skuteczności. Wydzielić wspólnotę, mającą jasno określone cele polityczne, gospodarcze i społeczne, świadomą swojego istnienia i wyznającą wspólne wartości. Pielęgnować ją i dokarmiać, by urosła w siłę. A potem, za jej pomocą, narzucić własny porządek.

Połknęliśmy ten haczyk. Coś w nas takiego jest, że lubimy w kupie. Z zaciętymi ustami i nienawiścią na ustach rzuciliśmy się w wir walki. Przekonanie, że obok siebie, pod jednym dachem, mogą egzystować różne racje i wartości, zupełnie do nas nie przemawia. Obojętne, jakiej jesteśmy formacji, prawicowej czy lewicowej. Prawica swoje wie, racja i przykazania po jej stronie, a ewangelizacyjny rozkaz z samej góry poszedł, dalej więc rzuciła się nawracać. Lewica rozkojarzona, wiele srok chce trzymać za ogon, więc jej ta prawicowa urawniłowka nie w smak. Jak tu się dogadać? Na jakiej płaszczyźnie?

Aż dokonało się. Jeden kraj, dwa narody. Oto polska antypisowska, z wolnością jednostki i demokracją na sztandarach, widzi przyszłość w ścisłej integracji z Europą, wierzy w moc sprawczą jednostki i prymat obywatela nad państwem. I druga, z tradycją i narodem na ustach, nieufna wobec obcych, bo przez tych obcych wiele razy gnębiona, wierzy w moc sprawczą państwa i marzy o karzącej ręce sprawiedliwości. Nie da się rządzić, balansując między jedną a drugą. Trzeba wybrać.

Tusk miał swoje pół Polski, Kaczyński ma swoje. Obaj rządzili (rządzą) tak samo: hołubiąc własną, spychając na margines drugą. Te wszystkie „mohery”, „sekta smoleńska”, „pisiory” i „dorzynania watahy” służyły temu samemu celowi, co dzisiejsi „zdrajcy z KOD” i „drugi sort”. Budowie zamkniętej wspólnoty. W takiej układance nie ma miejsca na punkty styczne, więc najwyższe funkcje też mogą być tylko nasze albo wasze. Komoruski i Tusk-zdrajca. Marionetkowy Duda i takaż sama Szydło. Ja reprezentuję tych, a ja tych. Uznajemy tylko swoich, nie nasi to uzurpatorzy.

Problem estetyczny

Dziś mamy odrębne media, odrębne wartości, inną przeszłość i inne cele. Kompromisów żadnych nie będzie. Obie strony jeszcze udają, że w wojnie polsko-polskiej idzie o dogadanie się, ale to nieprawda. Idzie o to, która Polska którą Polskę zarżnie. Układanie relacji? Po co, jeśli można zmiażdżyć przeciwnika tak, by już się nigdy nie podniósł.

Jak zresztą niby miałby ten kompromis wyglądać? Ta kompromisowa Polska? Co się znajduje między krajem, który znosi trójpodział władzy, a takim, w którym wyroki sądów, nawet te najbardziej nam nieprzyjemne, są respektowane? System, w którym respektuje się co drugi? Co się znajduje między krajem, w którym największą agencję rządową – Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – obsadza się tymi, którzy orne pola widzieli jedynie przez szybę samochodu, a krajem, w którym obsadza się co prawda też z klucza partyjnego, ale takich, co się znają. Jaki ma być ten kompromis? Ma się znać co drugi?

PiS nie odpuści. Nie może, nie potrafi, nie umie. To jego ostatnia szansa, by urządzić kraj po swojemu. Ale odpuścić nie może także druga strona, choć jeszcze nie chce przyjąć tego do wiadomości.

Dla przeciwników PiS radykalizm to problem estetyczny. Nie widzą się z tą gębą. Tacy europejscy, wykształceni, otwarci i oni mieliby jechać po bandzie? Tamtym, pisowcom, z radykalizmem do twarzy, ale nam? Buntują się wewnętrznie, bo tak zostali wychowani i w takiej kulturze się obracają. Na tym się znają. Usiąść do stołu, ponegocjować i znaleźć rozwiązanie.

Ale co w sytuacji, gdy przeciwnik kompromisu nie ceni, a tych, którzy o nim ględzą, uważa za mięczaków? Gorzej, przeciwników politycznych nie uznaje za byt wart istnienia, bo ma swoje pół Polski, które skoczy za nim w ogień, i tyle mu wystarcza do szczęścia? Rozmawiać nie ma o czym, negocjować nie ma czego. Czekać na lepsze czasy? A jeśli nie nadejdą?

To jest dziś największy dylemat opozycji: zachować cywilizacyjne standardy czy grać jak przeciwnik – bez skrupułów. Czy zaczepiającemu na ulicy bandziorowi tłumaczyć, uciekać, czy dać w mordę? Jeśli najważniejsze są portfel, ubranie i wypielęgnowana twarz, wiadomo – uciekać. Ale jeśli wartości? Chyba trzeba się bić i nie zastanawiać, czy wypada. ©?

Jak niby miałby ten kompromis wyglądać? Ta kompromisowa Polska? Co się znajduje między krajem, który znosi trójpodział władzy, a takim, w którym wyroki sądów, nawet te najbardziej nam nieprzyjemne, są respektowane? System, w którym respektuje się co drugi?