Anna Sobańda: Powiedział pan, że coraz trudniej robi się program "997 Fajbusiewicz na tropie", bo w Polsce mamy do czynienia z mniejszą liczbą zbrodni, a te popełniane są skuteczniej wykrywane. Czy to oznacza, że żyjemy w bezpieczniejszym kraju?

I tak, i nie. Zabójstwa, o których najczęściej opowiadam w programie, dotyczą bowiem bardzo znikomego procenta obywateli. Choć tu faktycznie jest znacznie lepiej - najcięższych przestępstw jest prawie trzykrotnie mniej niż w poprzednim ustroju. Tego, co jest znacznie powszechniejsze - czyli włamań, kradzieży, napadów, rozbojów - przez lata nie ubyło. Do tego ich wykrywalność nie jest zbyt wysoka, bo jest to zaledwie co drugie tego typu przestępstwo.

Czyli nie mamy podstaw, by czuć się bezpieczniej?

Zagrożenie lepiej sprzedaje się w prasie, radiu i telewizji, a to tworzy wrażenie, że zbrodnie i zabójstwa są powszechne. Kiedy pytam telewidzów, czy według nich mamy mniej, czy może więcej zabójstw niż 15-20 lat temu, zgodnie odpowiadają, że morderstw jest kilka razy więcej. A to nieprawda. Wrażenie tworzą media.

Pana program wciąż odnosi sukcesy w kwestii wykrywania sprawców zbrodni. Po ostatnim sezonie udało się złapać dwóch przestępców.

Po programie o kibolu Wisły Kraków pojawiły się sygnały, że ukrywa się on w Anglii. Nie wiemy jednak na pewno, czy to dzięki nam. Podobnie było w przypadku kibola z Łodzi. Moja redakcja nie ma teraz biura, nie podajemy swoich adresów telewizyjnych, więc jeśli widzowie mają jakieś informacje odnośnie pokazywanych przez nas przestępstw, trafiają one bezpośrednio na policję. W latach 80., kiedy program był emitowany w TVP, miałem cały sztab ludzi, którzy w trakcie jego trwania zbierali informacje od widzów. Wówczas wiedzieliśmy, czy to my przyczyniliśmy się do wykrycia zabójcy.

Ale obie te sprawy były w ostatnim sezonie pokazywane w programie?

Tak, robiliśmy program o braciach, kibicach łódzkiego Widzewa, organizatorach ustawek, na których zginęły dwie osoby, a kilkanaście zostało rannych. Jeden z braci niedawno wpadł. Drugi przypadek to Piotr K. z Krakowa, kibol Wisły Kraków, który z kolegami pojechał na "gościnne występy" do Kielc na mecz Korony z Legią Warszawa. Przyjechali tylko po to, żeby zrobić zadymę, nawet nie grał wtedy ich klub. Skończyło się tragicznie - Piotr K. zasztyletował jednego z kibiców Korony. Później przez parę lat się ukrywał, dopiero niedawno policji udało się go zatrzymać.

Jak po zrobieniu dwóch programów o zabójstwach w środowisku kiboli reaguje pan na opinie, że to młodzi polscy patrioci?

Jak widać, mordercy mogą być też patriotami. Ja nie twierdzę, że wszyscy kibice są zbrodniarzami, ale widać, że przypadków zabójstw i ciężkich pobić jest w tym środowisku bardzo dużo. Ja takiego patriotyzmu bym nie wspierał. To jest przykrywka do działalności, która bardzo często wykracza poza prawo. Nie ma przecież większego meczu, żeby na stadionie coś się nie działo. Proszę też zwrócić uwagę na koszty społeczne. To są tysiące policjantów, którzy pilnują, by tych tych kilkuset kibiców nie zdewastowało tramwaju czy kogoś nie pobiło.

Jak już jesteśmy przy polityce, to zapytam, jak ocenia pan nowy nadzór nad policją?

Nie bardzo mogę to ocenić, bo nie siedzę w policji tak głęboko. Myślę jednak, że policją zajmują się dyletanci. Z policją, a wcześniej milicją mam do czynienia od ponad 30 lat i w zasadzie od 1991 roku nie było długiego, stabilnego okresu w tych jednostkach. W służbach kryminalnych czy śledczych nie ma już żadnego policjanta z okresu, kiedy zaczynałem robić program. Pamiętam też, kiedy na początku lat 90. przyjeżdżałem do dużego województwa i najdłuższy staż pracownika w dziale kryminalnym wynosił 5 lat. Jak można w takim przypadku mówić o rozeznaniu środowiska? Tam jest ciągły bałagan, nieustannie zmieniają się przełożeni, a o obsadzaniu stanowisk decyduje polityka, a nie profesjonalizm. Tak się dzieje od ponad 20 lat.

Czyli w policji po prostu "stara bieda".

Nie, skala zjawiska jest większa. Podobnie było po 1990 roku, ale wtedy można było to tłumaczyć zmianą ustrojową. Najgorsze, że w policji nie ma stabilizacji, są ciągłe zmiany. Nie było w Polsce Komendanta Głównego, który utrzymałby się dłużej niż 5 lat. A Komendant Główny powinien być na swoim stanowisku co najmniej 10 lat. Dopiero wtedy będzie można coś zbudować.

Skończyła się też era policjantów filmowych. Koledzy mogą mi mieć to za złe, ale coraz częściej jest tak, że kończą pracę o 16. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Dziś ich praca jest bardziej urzędnicza. Poza tym, to karygodne, że w kraju, w którym potrzebne są pieniądze i środki, ludzi czterdziestoparoletnich wypuszcza się na wysokie, wcześniejsze emerytury. Przecież to są ludzie w sile wieku, z doświadczeniem, którzy powinni pracować. Jeśli jakiemuś posłowi czy senatorowi PiS nie podobał się komendant w danym województwie, to mógł go przesunąć do innej roboty, wykorzystać, że to fachowiec. A tak czterdziestoparoletni facet z ogromną wiedzą i doświadczeniem bierze kilkanaście tysięcy emerytury i nie pracuje. Bardzo mnie to denerwuje. Żadna policja na świecie by sobie na to nie pozwoliła.

Poza tym policjanci funkcyjni muszą czapkować w odpowiednią stronę polityczną, a powinni skupiać się na pracy.

Czy polscy policjanci są przygotowywani do reagowania na ataki terrorystyczne?

Wiele się w tej kwestii zmieniło dzięki otwarciu się na Zachód. Oficerowie jeżdżą na szkolenia, szczególnie do Stanów Zjednoczonych. Na pewno dobrze przygotowane są grupy szybkiego reagowania. Jednak w przypadku takich wydarzeń nawet najlepsze służby na początku są zdezorientowane. Trochę trwa, zanim się uformują i wdrożą odpowiednie procedury.

Po zamachach w Brukseli po raz kolejny pojawiły się w Polsce głosy, że obywatele powinni mieć powszechny dostęp do broni. Zgadza się pan z tymi postulatami?

Ja jestem przeciwnikiem, brzydzę się bronią. Często jestem w Stanach Zjednoczonych i denerwuje mnie rozpowszechnienie broni. U nich jest to jednak wpisane w tradycję. A my jesteśmy narodem raptusów. Do przepychanek i utarczek dochodzi w knajpach, autobusach czy na ulicach. Szybko reagujemy agresją, zamiast próbować rozładować sytuację. Kiedy każdy będzie miał pistolet, co dziesiąty go w nerwach wyciągnie. Poza tym czy w Polsce naprawdę jest tak niebezpiecznie, że każdy powinien chodzić z pistoletem?

Takie głosy nasilają się zawsze po zamachach terrorystycznych.

W walce z terroryzmem powszechny dostęp do broni w ogóle nie pomoże, bo te ataki są dokonywane z zaskoczenia, bez szans na reakcję. Chyba, że ktoś sobie wyobraża, że przyjdą tu jacyś obcy przybysze i będą napadać na nasze domy.

Głosy o zagrożeniu ze strony ewentualnych imigrantów również się pojawiają.

Akurat ci, którzy uciekają przed wojną w Syrii, bomb nam podkładać nie będą. Oni myślą raczej o dachu nad głową, a nie o czynach terrorystycznych. Niestety to wszystko wrzuca się do jednego worka. Mnie to przeraża, bo jeśli my będziemy kiedyś w potrzebie, a w przeszłości już bywaliśmy, to też możemy spotkać się z odmową pomocy.

Na koniec chciałabym zapytać o program „007 Fajbusiewicz na tropie”. Na podstawie jakich kryteriów wybiera pan sprawy do programu?

Nie ma takich kryteriów. Zajmuję się każdą sprawą, która zwróci moją uwagę, albo jeśli ktoś poprosi o naszą pomoc. Bywa, że wszystko dzieje się przypadkowo. Choć bywa różnie. Pamiętam taką sprawę z Lublina, gdzie morderca zgubił na miejscu zbrodni dowód osobisty. Oczywiście podrobiony, ale z autentycznym zdjęciem. Wydawało mi się, że jak pokażę to zdjęcie na ekranie, to nazajutrz przestępca będzie siedział w więzieniu. Tymczasem pokazywałem je 9 razy przez 20 lat i do dzisiaj nie wiadomo, kto to jest. A czasem zdarza się, że policja mnie prosi, żebym pokazał jakąś beznadziejną sprawę, jakimś cudem po emisji pojawia się informacja i mamy przełom w śledztwie. Nie ma więc żadnej reguły. W „997 Fajbusiewicz na tropie” przyjąłem zasadę, że zajmuję się nierozwiązanymi sprawami, które nie są tak chętnie oglądane, bo się niedobrze kończą, sprawca nie zostaje wykryty.

Ma pan jednak satysfakcję, kiedy dzięki programowi uda się rozwikłać jakąś niewyjaśnioną sprawę sprzed lat.

Przy takiej widowni, jaka jest w tej chwili, tej satysfakcji nie ma za dużo. W latach 80. mój program oglądało 15-17 mln ludzi, wówczas szansa na to, że pojawi się ktoś, kto ma informacje na temat pokazywanej zbrodni, była większa. Mieliśmy taką serię łapanych zabójców, że nie nadążałem opowiadać o tym na antenie. Wówczas jednak program oglądał co drugi dorosły człowiek w Polsce. Teraz, w niszowej stacji, tylko wyjątkowy przypadek może sprawić, że ktoś akurat trafi na program pokazujący zbrodnię, o której ma jakieś informacje.

Czasy się zmieniły.

Ja nie narzekam - wiem, że takie są realia. I tak mam szczęście, że kiedyś miewałem po kilkanaście milionów widzów i ścigałem się z "Niewolnicą Isaurą" (śmiech). Sprawy rozwiązane natomiast będę pokazywał w nowym programie "Cała prawda o zbrodni" emitowanym w CI Polsat.

Czym ten program będzie różnił się od "997"?

W tej produkcji pokazujemy sprawy rozwiązane i wyjaśniamy, w jaki sposób udało się wykryć zbrodnię. Staram się też przeprowadzić rozmowę z mordercami, choć oczywiście nie wszyscy się na to zgadzają. Ponadto partneruje mi profilarka, opowiadająca o tych zbrodniach językiem bardziej policyjnym. Zapraszamy też do studia gości, fachowców, rodziny. Pokazujemy sprawy w 90% wykryte dzięki "997". Premiera zaplanowana jest na 7 maja.