A wiem to, bo na Malcie obowiązuje limit 0,8 promila i mniej więcej tyle miałem, gdy ruszałem samochodem spod plaży, na której przez cały dzień leniwie sączyliśmy ze znajomymi białe gavi, przegryzając je od czasu do czasu specjałami z grilla. I wiecie co? Jedynym odczuwalnym efektem ubocznym tego grillowania była piekąca mnie głowa – ponieważ porasta ją jedynie bardzo rzadki mech, to w kwietniowym śródziemnomorskim słońcu nabrała koloru tyłka pawiana. I to już naprawdę wszystko, co doskwierało mi w drodze powrotnej do naszego mieszkania w Sliemie. Cała reszta mojego organizmu funkcjonowała nawet lepiej niż zwykle – mimo lewostronnego ruchu ani razu nie pojechałem pod prąd na rondzie. W bardzo wąskich uliczkach nie zahaczyłem o ani jedno lusterko czy krawężnik. Hamowałem łagodniej i z większym wyprzedzeniem niż zwykle. Przyspieszałem i zmieniałem bieg bez zbędnej brutalności. Byłem zrelaksowany, ale nie na tyle, by zapomnieć o zapięciu pasów. I ani razu nie przekroczyłem dozwolonej prędkości. Z kolei 66-konna kia picanto z lokalnej wypożyczalni wydała mi się wystarczająco dynamiczna, całkiem dobrze wykonana, a do tego ładna. W żadnym wypadku nie byłem pijany. Tego określenia używa się w stosunku do ludzi, którzy nie potrafią wypowiedzieć słowa „Gibraltar”, a chwilę potem zasypiają z głową w muszli klozetowej. Mnie jedynie dopadło uczucie błogości, które przełożyło się na wyrozumiałość, życzliwość i łagodność.

Z tych powodów uważam, że powinniśmy nieco zliberalizować nasze przepisy. A konkretnie – podnieść limit do 0,8 promila. To paradoksalnie wprowadzi więcej spokoju na nasze drogi, a być może nawet sprawi, że nieco trzeźwiej będziemy oceniali nasze umiejętności. Zwróćcie też uwagę, że we wszelkich medialnych doniesieniach o dramatach, których sprawcą był pijany kierowca, mowa jest o poziomie alkoholu we krwi grubo przekraczającym jeden promil. A najczęściej jest ich kilka. Kiedy ostatnio słyszeliście, aby u gościa, który spowodował poważny wypadek, wykryto tylko 0,5 czy 0,8 promila? No właśnie – nigdy. Oczywiście może się tak zdarzyć, ale są to jednostkowe przypadki. Równie dobrze za wypadek może odpowiadać zbyt duża ilość zjedzonego bigosu, który doprowadził do takiego wzdęcia, że kierowca stracił kontrolę nad pojazdem.

Oczywiście jestem zdania, że bezwzględnie należy karać tych, którzy prowadzą narąbani jak meserszmit – powinni tracić nie tylko prawo jazdy, ale też samochody, domy i dzieci, a ich organy wewnętrzne (poza wątrobą) należy niezwłocznie przekazywać klinikom transplantologicznym. Ale ludzie prowadzący po winie czy piwie naprawdę nie są problemem. Służą policji wyłącznie do tego, aby mogła się chwalić statystykami.

Ponieważ zostało mi już bardzo mało miejsca na opisanie samochodów, którymi jeździłem w ostatnim czasie, pozwólcie, że od razu przejdę do rzeczy. Odkąd pamiętam, nienawidziłem hybryd. Wydawały mi się odpowiednikiem koziego mleka – kupowaliście je, bo wmawiano wam, że są zdrowsze i eko, ale gdy tylko ich spróbowaliście, zbierało się wam na wymioty. Okazało się jednak, że po prostu nie potrafiłem nimi jeździć. Nauczył mnie tego dopiero ford mondeo hybrid, którego komputer pokładowy w bardzo obrazowy sposób pokazuje, kiedy, z którego i w jakim stopniu silnika korzystacie, ile energii i paliwa do tego potrzebujecie etc. Wszystko to sprawia, że czujecie się wręcz w obowiązku uzyskać jak najlepszy rezultat. Mój to 6,7 litra, co – zważywszy na jazdę po autostradzie z prędkością 140–150 km/h – można uznać za świetny wynik. W mieście spokojnie można zejść do 5 litrów i jednocześnie nie być zawalidrogą.

Jeszcze lepszy wynik udało mi się osiągnąć w aurisie hybrid touring sports. Co prawda „sports” w jego nazwie jest tak prawdziwe, jak „prestiż” przy reklamie środków na hemoroidy, ale pod względem zużycia paliwa naprawdę imponuje – jeżdżąc przez 50 proc. czasu autostradą i 50 proc. po mieście, komputer pokazywał średnią 5,5 litra. A poruszanie się wyłącznie po centrum skutkowało wynikiem w okolicach 5 litrów. Nie sądziłem, że kiedykolwiek napiszę coś dobrego o tej kompaktowej toyocie, ale w tej wersji naprawdę bardzo mi się spodobała. Dobrze wygląda, ma porządnie wykończone wnętrze, sporo miejsca, przyjemnie się prowadzi, a do tego ma całkiem atrakcyjną cenę – konkurencja nie dam wam tego wszystkiego za 80–90 tys. zł. Jeżeli zatem szukacie spokojnego rodzinnego kombi, domowy budżet zawsze skrupulatnie planujecie w Excelu, myjąc zęby, zakręcacie kran z wodą, a z rolki papieru toaletowego urywacie tylko – jak przewidział to producent – po jednym listku, to hybrydowy auris touring sports spełni wszystkie wasze oczekiwania.

Kiedyś nie kupiłbym go nawet po pijaku. Dzisiaj byłbym skłonny to zrobić całkowicie na trzeźwo.