Nie zamierzam opowiadać tu żadnych szczegółów, no dobrze, ale niech pani pyta.

Magdalena Rigamonti: Szczegółów dotyczących pana pieniędzy?

Paweł Piskorski: Korzystam z prywatności. Mogę to robić, ponieważ nie zajmuję żadnej publicznej funkcji i mogę prowadzić działalność gospodarczą, tak jak każdy inny człowiek.

W Panamie.

A choćby i tam, jak to zgodne z prawem. Jeszcze raz mówię, nie pełnię żadnej funkcji publicznej.

Siedzimy w gabinecie szefa Stronnictwa Demokratycznego i pan jest tym przewodniczącym.

To funkcja partyjna, nie urząd publiczny. Jakbym pełnił funkcję publiczną, to zrezygnowałbym z działalności gospodarczej. Nie biorę pieniędzy za pełnienie funkcji w partii, więc muszę zarabiać pieniądze jak każdy inny. A zarabiam tak, jak potrafię i uważam za stosowne.

W Azji?

Wszędzie tam, gdzie będę miał ochotę, pod warunkiem że nie łamię prawa.

Odżegnuje się pan od polityki?

Nie, bo komentuję politykę i prowadzę działania polityczne, co nie oznacza, że biorę publiczne pieniądze, które stanowią ograniczenie dla działalności indywidualnej. Teraz takich ograniczeń nie mam.

Rozpostarł pan skrzydła i leci.

To są nieadekwatne słowa do sytuacji. Po prostu normalnie pracuję.

Był pan złotym dzieckiem naszej polityki, teraz ma pan prawie pięćdziesiątkę.

Nie będę się bawił w przypuszczenia, czy będę jeszcze pierwszoplanową postacią w polityce.

Został pan posłem, kiedy miał pan 23 lata.

Kiedy działałem w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, to ani ja, ani moi koledzy nie myśleliśmy, że będziemy politykami. Robiliśmy to dlatego, że nie akceptowaliśmy komunizmu. Jeśli mnie pani pyta, czy nie akceptuję tego, co się dzieje w życiu publicznym – to tak.

Nie pytam.

Niezadowolenie z tego, w jaki sposób jesteśmy rządzeni, istnieje, i ta emocja pcha do działań. Jeśli mnie pani natomiast pyta, czy jestem niezrealizowanym politykiem, który musi jeszcze objąć jakąś posadę – to nie.

Też nie pytam.

Super. Piastowałem różne funkcje, byłem na szczytach polityki, decydowałem o bardzo ważnych rzeczach, więc nie mam poczucia zawodu.

Interesuje mnie bardziej, czy pan jest od tego uzależniony.

Nawet jeśli uzależnienie było kiedyś, to teraz w tym wymiarze najprostszym, że siedzę przed telewizorem, oglądam debatę w Sejmie. Ale nie mówię do siebie: dlaczego mnie tam nie ma?

To co pan robi w tym gabinecie, przecież SD to partia, z nikłym poparciem, ale jednak partia?

Czym innym jest uzależnienie, czym innym chęć do działania. SD skupia wielu ciekawych – Bogdana Lisa, Andrzeja Potockiego czy Katarzynę Munio. Lis to polityk z wielką przeszłością, bohater Solidarności, z doświadczeniami parlamentarnymi.

I przy panu doceniony nie będzie. Już jest doceniony.

A jakby Bogdan Lis czy ktoś inny chciał być w jakiejś innej partii, to już dawno by był. Celem naszego środowiska na początku, w 2009 r., była prezydentura Andrzeja Olechowskiego, która wtedy, przed katastrofą smoleńską, była całkiem realistyczna. Ale wszystko się zmieniło po 10 kwietnia 2010 r.

CAŁY WYWIAD CZYTAJ W ELEKTRONICZNYM WYDANIU MAGAZYNU DGP >>>