Andrzej Andrysiak: Wiele ksiądz ostatnio kontrowersji wzbudza.

Ksiądz Jacek Stryczek: Naprawdę?

W redakcji długo rozmawialiśmy o księdza działalności. I nie doszliśmy do porozumienia, kim ksiądz jest. Społecznikiem? Rzecznikiem prasowym przedsiębiorców? PR-owcem biznesu? A może ksiądz się zajął teologią i chce zmienić stosunek Kościoła do bogatych?

Chyba nie rozumiem, co się kryje za tym pytaniem.

Kryje? Powiedział ksiądz kilka tygodni temu w świątecznym wywiadzie dla Money.pl, że „nie ma nic niemoralnego w tym, że prezes banku zarabia 36 tys. zł dziennie”. To ja spytam: co się kryje za tą myślą?

Jeśli już, to powiedziałem, że nie przeszkadza mi, że ktoś zarabia dużo. Słowa „nic niemoralnego” – włożyła w moje usta redakcja Money.pl. To mała – duża różnica. A reszta? Przeczytałem ten wywiad kilka razy i wydawało mi się, że w nim nie ma nic niewłaściwego. Natomiast jeśli chodzi o to, na co ludzie reagowali, co tam znaleźli...

...36 tysięcy dziennie.

...to sedno tych reakcji sprowadza się do tego, że nie powiedziałem, iż to dla mnie problem.

Cały świat dyskutuje o nierównościach. Zastanawia się, skąd to się wzięło, jakie są skutki i czy coś z tym można zrobić. Jest pewien konsensus, że neoliberalna narracja się skończyła. A ksiądz wyskakuje z twardym neoliberalizmem spod znaku Leszka Balcerowicza i Ronalda Reagana. Pieśń przeszłości. To wzbudza konsternację.

To mi przypomina Polaków, którzy wyjeżdżają na wakacje, jedzą owoce morza i mówią: ale to smakuje prawie jak kurczak. Ludzie chcą moje opinie dopasować do tego, co znają. A ja nie mam liberalnych poglądów, tylko ewangeliczne. Jeśli pyta pan, z czego wzięła się moja odpowiedź, że takie zarobki prezesów mi nie przeszkadzają, to z dwóch powodów: pierwszy jest prozaiczny – mnie to zwyczajnie nie przeszkadza. Przepracowałem to w sobie. Jak większość byłem wychowany w katomarksizmie, pewnego rodzaju podejrzliwości wobec bogactwa. Teraz staram się nie osądzać. Po drugie, cały czas zajmuję się pomaganiem ludziom. Oczy otworzyły mi się jeszcze jako studentowi AGH. W 2001 roku uświadomiłem sobie skalę ubóstwa w naszym kraju i to był powód powstania „Szlachetnej Paczki”. Na przełomie lat 90. i dwutysięcznych w nędzy żyły cztery miliony Polaków. Brakowało im nawet na jedzenie i środki czystości. „Szlachetna Paczka” powstała z niezgody na to, co się wtedy działo, z tych nierówności, o których pan wspomina. W dodatku ci, którym się udało, mieli syndrom dorobkiewicza, gardzili tymi, którzy się nie odnaleźli. Zaplanowałem projekt systemowy, który połączy te dwie Polski.

Czym?

Współdziałaniem. „Paczka” zadziałała. W trakcie odkryłem ważną rzecz: nie może być tak, że im więcej pomocy, tym więcej potrzebujących. Odpowiedzią na biedę powinna być umiejętność radzenia sobie w życiu. Nauka umiejętności zarabiania. Napisałem książkę, która wydawała mi się najbardziej potrzebna – o pieniądzach. Doszedłem do wniosku, że wiele osób chce zarabiać, ale nie umie, a w dodatku nienawidzi tych, którzy zarobili. Ale jest pewien problem: ci, którzy nienawidzą bogatych, gdy już sami będą zarabiać, zaczną nienawidzić samych siebie.

CAŁY WYWIAD CZYTAJ W ELEKTRONICZNYM WYDANIU MAGAZYNU DGP >>>