Anna Sobańda: O swojej książce pisze pan, że to "opowieść obcego naznaczonego bielą jak nieuleczalną chorobą".

Marcin Kydryński: Biel w Afryce jest stygmatyzująca, dlatego w pewnym stopniu jest to opowieść człowieka wyobcowanego. Mimo tych 25 lat, w czasie których wciąż wracałem na ten kontynent, nie czuję się tam u siebie. Biel wyodrębnia, zwłaszcza w przypadku fotografa. Kiedy wchodzę do wioski w Sierra Leone z aparatem przewieszonym przez ramię, widzą mnie już z odległości 100 metrów. Świecę w słońcu jak latarnia morska. Jestem postrzegany z nieufnością, albo - jeśli mam szczęście i trafiam na ludzi, którzy mają w sobie tę tradycyjną afrykańską gościnność - jestem traktowany z nadmierną atencją. Ale nie jestem swój. Dlatego ta książka jest opowiedziana i sfotografowana z dystansu. Tytuł jest także odniesieniem do najważniejszej dla mnie książki o Afryce, czyli „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego. „Biel” jest negatywem tego tytułu. Próbą rozmowy z mistrzem.

Czy kiedykolwiek próbował pan tę swoją inność maskować, wtapiać się w afrykańską społeczność?

Zwłaszcza na początku z rozmaitych względów, m.in. ubóstwa łączącego mnie wówczas z mieszkańcami Afryki, starałem się przeniknąć do ich środowiska. Przez pierwsze lata wędrowałem z nimi, jadłem z nimi, spałem w tych samych izbach. Byłem niejako skazany na ich bytowanie, co wydaje mi się warunkiem pisania o kimkolwiek. Robiąc to z tarasu hotelu all inclusive, byłbym niewiarygodny. Przez lata starałem się żyć jak jeden z nich, ale wciąż siłą rzeczy byłem obcy i jako taki byłem postrzegany. Niekiedy mnie rozpieszczano, a czasem mną pogardzano.

Ta inność nie jest tylko powierzchowna. Zwraca pan uwagę na to, że choć wszyscy jesteśmy ludźmi, to jako Europejczycy bardzo różnimy się do Afrykanów nie tylko wyglądem.

Zdaję sobie sprawę, że to jest bardzo niepopularna teza, pachnąca odrobinę niepoprawnością polityczną. Uważam jednak, że poprawność jest zawoalowanym protekcjonalizmem. Jeśli w trakcie rejsu łódką po Jeziorze Wiktorii koledzy opowiadają mi, że znali biznesmena, który został skazany za to, że przed ważną transakcją składał ofiary z niemowląt, obcinając im głowy, i było to w 2013 roku w Kampali, stolicy sporego kraju w centrum Afryki, to zauważam, że jesteśmy różni. Jeśli lidera opozycji w Liberii publicznie się kastruje, ćwiartuje, a następnie zjada na oczach tłumu w czasach, gdy my siadamy do Okrągłego Stołu, to też oznacza, że jesteśmy różni. Inne rządzą nami kody kulturowe, innym tradycjom składamy hołd. Ktoś powie: jesteśmy na innym etapie cywilizacyjnego rozwoju. My też przeszliśmy nasze ciemne wieki.

Czy zawsze udaje się panu unikać protekcjonalizmu, oceniania według europejskich standardów?

Staram się nie oceniać. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Każdy w swojej duszy rozważy, jak postrzegać tak dramatyczną odrębność. Nie trzeba daleko szukać w historii współczesnej Europy, żeby zrozumieć, że wszyscy jesteśmy zdolni do ostatecznego okrucieństwa, które zależy tylko od okoliczności. Dość wspomnieć lata 90. na Bałkanach czy choćby naszą sąsiedzką przypadłość w latach 40. na wschodzie Polski. Ważne jest, by nie oceniać, bo wspierając się jednym z wielkich autorytetów, powiem, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.

Znalazł się pan kiedyś w takiej "sprawdzającej" sytuacji?

Podczas dramatycznego wypadku drogowego byłem zmuszony patrzeć, jak ludzie umierają u moich stóp. Wówczas nie myślałem o tym, żeby pomagać, patrzyłem tylko, czy mój przyjaciel żyje, a następnie za wszelką cenę usiłowałem wydostać się z wraku autobusu, nim wybuchnie. Jedyną moją myślą było to, by przetrwać. Wówczas zostałem sprawdzony. Wiem już, jak czuje się człowiek, którego zwierzęcym instynktem jest to, żeby przeżyć. Wobec takich sytuacji teoretyzowanie z pozycji kawiarnianego stolika, co należało zrobić i jak się zachować, jest niewiele warte.

Pisze pan o swojej fascynacji potwornością i granicami człowieczeństwa. Spotkał je pan w Afryce?

Im więcej dowiaduję się o koszmarze, tym mniej go pojmuję. Taki wpis zostawiłem w szkole w Murambi, w Rwandzie. Szkoła jest osobliwym pomnikiem. W klasach, w których pomordowano tysiące osób, głównie dzieci, leżą wyschnięte i pokryte wapnem zwłoki tych ofiar. Przewodniczką jest kobieta, która straciła w masakrze rodzinę. Pokazuje turystom trupy, w tym także swoich bliskich. Zdarza się, że w ciałach wciąż tkwią przedmioty, którymi zamęczono tych ludzi: kołki, noże. Kiedy się to ogląda i słucha tych historii, człowiek rozumie coraz mniej. Podobne odczucia miałem, odwiedzając takie miejsca jak Treblinka, więzienie Tuol Sleng w Phnom Penh czy My Lai w Wietnamie. Ciekawi mnie, do jakich krawędzi możemy dojść, do jak niewyobrażalnych skrajności jest zdolny nasz ludzki rodzaj. Zostaliśmy stworzeni bardzo pojemni, w nas naprawdę jest wszystko, jednak źródeł tego nie umiem sobie wytłumaczyć. Dlatego nie oceniam, a tylko przyglądam się i opisuję.

Tolerancja i nieocenianie mają jednak granice. Pisze pan na przykład o tradycji obrzezania dziewczynek. Różnice kulturowe to za mało, by to zaakceptować.

Podejście antropologiczne mówi, że w żadnym wypadku nie powinniśmy zmieniać obcych kultur, ingerując w ich zwyczaje, choćby nie wiem jak okrutne. Jest w tym jednak trochę hipokryzji, bo w globalizującym się świecie nie da się tego uniknąć. Somalijski pasterz, a co gorsze również jego żona okaleczają w ten sposób swoje córki, ale jednocześnie używają telefonu komórkowego, zdobyczy naszej cywilizacji, żeby płacić w sąsiedniej wiosce za worek manioku. Korzystają z dobrodziejstw naszej kultury, które siłą rzeczy na nich wpływają, ale z drugiej strony to być może daje nam prawo wypowiadania się w ich sprawach. Tym bardziej, że takie okrucieństwo wobec dziewcząt ma miejsce także w wielkiej metropolii jaką jest Kair, a także wśród emigrantów w Londynie. Dla mnie to o jeden krok za daleko i nie powinniśmy tego w dzisiejszym świecie tolerować. Jak zresztą żadnych represji wobec płci, religii, przekonań politycznych czy orientacji seksualnych. Podoba mi się myśl muzułmańskiego krytyka islamu, Tahara Ben Jellouna, że poziom cywilizacji danego społeczeństwa mierzy się tym, w jaki sposób traktuje ono kobietę.

Czy zetknięcie z tak różnym spojrzeniem na najbardziej fundamentalne wartości jakoś pana zmieniło?

Wpłynęło na mnie w sposób zasadniczy - przestałem oceniać. Przeglądając fora internetowe zauważy pani, że tam każdy ocenia, stawiając się w pozycji stróża moralności i publicznego porządku. Naród świętych inkwizytorów. Jest rysunek Marka Raczkowskiego, wspaniale podsumowujący naszą polską specyfikę. Na jednym obrazku widzimy człowieka mówiącego „ktokolwiek jest bez winy…”, a na drugim ten człowiek ucieka przed gradem kamieni. Ja nie rzucam kamieniem i to ukształtowała we mnie Afryka. Choć pewnie i rodzice.

Pisze pan także o religijności Afryki, o tym, jak wiele wierzeń można tam spotkać i w jak niesamowity sposób one się przenikają.

Tym ludziom to jednak nie przeszkadza, oni częstokroć kultywują kilka z nich jednocześnie, nawet jeśli są ze sobą sprzeczne. Nie brak też chrześcijańskich wyznawców voodoo, muzułmanów z sympatią do leśnej magii. To fascynujące zjawisko zwłaszcza w Beninie, Togo, Ghanie.

Czy ta różnorodność wpłynęła także na pana religijność?

Byłem w tej kwestii już ukształtowany. Uważam, że wiara jest sprawą prywatną. Marzy mi się życie w kraju całkowitego rozdziału Kościoła od państwa. Wzrusza mnie bodajże hinduska teoria, która mówi, że tyle jest religii, ilu ludzi na ziemi. Religia a zwłaszcza wiara, bo nie należy tych pojęć utożsamiać, to sfera intymna. Lubiłbym mieć świadomość, że nikomu z moich rodaków nic do tego, jak wygląda moja wiara i jak manifestuje się moja religijność. Nie tracę nadziei, że któregoś dnia będziemy jak laicka Francja, gdzie rozdział religii od państwa jest konsekwentnie przestrzegany.

Niektórzy twierdzą, że właśnie ta świeckość Francji doprowadziła do problemów z terroryzmem.

Nie zgadzam się z tym. Francja ma problemy przede wszystkim z powodu 100-letniej historii swojego kolonializmu. Jakkolwiek to francuskie kolonie, w przeciwieństwie do brytyjskich, portugalskich czy zwłaszcza belgijskich, hołdowały polityce asymilacji i równouprawnienia, to przecież właśnie Francja uwikłała się w najdłuższą i szczególnie krwawą wojnę kolonialną - w Algierii. Dziś nie jest w stanie poradzić sobie socjalnie z osobami wykluczonymi, a tak się składa, że znaczna część z nich to ludzie z krajów Maghrebu, a więc wyznawcy islamu. Francja nie kształci ich, nie wychowuje. Dlatego uważam, że decydujące są tu kwestie ekonomiczne, historyczne i socjalne, a nie religijne. Przy okazji widać, z jaką łatwością wypaczamy fundamentalne założenia naszych religii, i dotyczy to obu stron. My zarzucamy radykałom islamskim niezrozumienie koranicznych sur o miłosierdziu i pokoju a sami pod sztandarami Chrystusa niesiemy nienawiść i nietolerancję, zamiast, jak papież Franciszek, umywać nogi uchodźcom. Inkwizytorów nie brakuje po obu stronach.

Nie jest pan zwolennikiem teorii o trwające w Europie wojnie cywilizacji.

Od teorii Samuela Huntingtona często się dziś odchodzi, wskazując na konflikt ignorancji. To jest widoczne także w Polsce. Jesteśmy nieufni wobec „innego”, bo go nie znamy. W naszym kraju od 70 lat nie ma właściwie żadnego „innego”, dlatego każdy, kto do nas przyjeżdża i wygląda odrobinę inaczej, budzi nieufność. Zwłaszcza teraz, gdy politycy, nie tylko z naszego podwórka, swoimi manipulacjami wtłoczyli nam do głów, że to są dwa wykluczające się światy. Tymczasem niezbędna jest edukacja, wiedza, otwartość, próba poznania i zrozumienia drugiego człowieka. Zadania z empatii. Czytanie ze zrozumieniem Koranu, Talmudu i ksiąg buddyjskich na lekcjach religii w szkołach. Tego u nas nie ma. Jest za to szkodliwe utwierdzanie dzieci od najmłodszych lat, że jedynie my posiadamy prawdę. Jest szczucie na odmienność. Wyobraża pani sobie ONR-owców z Białegostoku, którzy po takiej szkolnej edukacji mają empatyczne podejście do uchodźców z Syrii? Myślę, że gdyby ich przepytać, o co chodzi w konfliktach na terenach, z których ci ludzie uciekają, często nie mieliby o tym pojęcia. Idę o zakład, że nie czytali Koranu i jego światłych interpretacji. Wątpię, by czytali Pismo Święte, choć upierają się, że tylko pod znakiem krzyża mogą być Polakami. To jak zrozumieli przypowieść o miłosiernym Samarytaninie? Czy nadstawiają drugi policzek? Czy miłują bliźniego, jeśli nie jest fajną dziewczyną z sąsiedztwa, a na przykład kibicem przeciwnej drużyny?
Nasza religia wzywa do miłości trudnej, pełnej wyrzeczeń, miłości „pomimo”. Ja takiej gotowości w manifestacji wiary tych marzycieli o „wielkiej Polsce katolickiej” nie widzę. Oni prawdopodobnie nigdy nie rozmawiali z żadnym uchodźcą, a ich zetknięcie z „innym” człowiekiem ogranicza się do kupienia kebaba w tureckim kiosku, który to kiosk chętnie zdemolują, jak już się najedzą. Ale to wcale nie ich wina. To im ktoś wtłoczył do głowy. W szkole, w kościele. Jakże niewielu jest światłych duchownych jak księża: Życiński, Twardowski, Tischner – wielki orędownik dialogu. Piętnujemy radykalnych imamów a sami wychowujemy takiego ks. Międlara. Zdecydowanie mamy do czynienia z konfliktem ignorancji, a nie cywilizacji.

Czy ta ignorancja pojawia się tylko z naszej strony?

Oczywiście, że nie. Minęły czasy, kiedy w bibliotekach średniowiecznego Timbuktu stały na glinianych półkach książki „innowierców”, bo mędrcy uważali, że trzeba poznać poglądy każdej ze stron. Mutazylici, racjonaliści islamu, którzy obdarzyli człowieka wolną wolą, także do interpretacji Koranu, przegrali z nurtem ortodoksyjnym. W efekcie Afrykanie, których spotkałem, nieraz nie znali europejskiej kultury, sytuacji politycznej, naszych problemów. Mieli za to postawę roszczeniową, co widać w obozach uchodźców. Byłem kiedyś w Kakuma, gigantycznym mieście uchodźców na granicy Kenii, Ugandy i Południowego Sudanu. W tym i podobnych mu miejscach na całym świecie ludzie rodzą się z przeświadczeniem, iż absolutnie wszystko im się należy. Bardzo trudno jest im wyjaśnić, że muszą o coś zadbać sami. Wina nie jest więc tylko po jednej stronie, nie ma uniwersalnych rozwiązań. To jest wielkie wyzwanie dla całego naszego pokolenia i być może wielu następnych.

Od dłuższego czasu straszy się nas wizją zalewu Europu przez mieszkańców Afryki. Czy pana zdaniem możliwe jest pokojowe współistnienie naszych kultur?

W tej sprawie jestem pesymistą. Nie jesteśmy wystarczająco dojrzali, patrzymy nie dalej niż czubek własnego nosa i jesteśmy przesadnie przywiązani do swoich wartości, które uważamy za jedynie słuszne. Co ciekawe, dokładnie tak samo jest z drugiej strony, więc podejrzewam, że jest to po prostu ludzkie. Nie sądzę, byśmy byli w stanie pokojowo współistnieć. Takie przypadki zdarzały się, ale były krótkotrwałe. Całkiem dobrze radził sobie kalifat kordobański w X wieku, złotym dla islamu, w czasach wielkich władców: Abd ar-Rahmana III, Hakama II. To był kraj światły, tolerancyjny i otwarty. Niestety trwało to tylko przez chwilę, do momentu, gdy kolejny przywódca Al Mansur uznał, iż to jednak zły pomysł i zaczął wyrzynać i siłą nawracać sąsiadów. Wziął udział w pięćdziesięciu wojnach zaczepnych!
Ludzka religijność od niepamiętnych czasów jest osią zła. Gdybyśmy zachowali sprawę kontaktu z Bogiem dla siebie, ocalilibyśmy wiele istnień. Czy to nie Koran powiada w surze piątej: „kto zabił człowieka, jakby zabił wszystkich ludzi. Ten, kto przywraca człowieka do życia, jakby przywracał do życia wszystkich”? Ale ten wers ma zastrzeżenie, że chodzi o zabójstwo człowieka, który „nie sieje zgorszenia na Ziemi”. Ot i cały kłopot, bo ortodoksyjni wyznawcy islamu dość dowolnie interpretują ten fragment i mogą nim usprawiedliwić właściwie każde zabójstwo. Przy okazji mijają się z podstawowym przesłaniem.
W Talmudzie znajdziemy podobne słowa. Chrystus zostawił przykazanie miłości, a jednak nie przestajemy się wyrzynać w imię boże. Co ciekawe i doprawdy absurdalne – w imię tego samego Boga. Jestem więc pesymistą, ale z drugiej strony gdzieś z tyłu głowy marzy mi się świat, w którym wiara i religia będą prywatnymi sprawami każdego człowieka.

Wierzy pan, że to możliwe?

Możliwe, ale mało realne. Co ciekawe, islam daje na to większą szansę, niż chrześcijaństwo, ponieważ nie zna pośrednika między człowiekiem a Bogiem. Nam jest potrzebny papież, oczywiście tylko Polak, całowanie pierścieni, adoracja rzeźb aż stopy Jezusa z brązu stracą swój kształt od pocałunków. Niezbędni nam są biskupi, spowiednicy i cała hierarchia kościelna. Tego w islamie w ogóle nie ma. Jesteśmy sami wobec Boga na środku pustyni. Kuszące, prawda?
Na szczęście mamy obecnie wyjątkowo światłego i mądrego papieża, co wydaje się przeszkadzać polskim hierarchom. Wierzę jednak, że na świecie, postawa Franciszka jest w stanie zrobić wiele dobrego. Jednak nie mam złudzeń, że Europa zostanie przejęta przez islam. To jest kwestia trzech, może pięciu pokoleń. To mi jednak w ogóle nie przeszkadza, pod warunkiem, że będzie to pokojowe i tolerancyjne przejęcie, czego przecież nie można wykluczyć.

Nie martwi pana wizja islamizacji Europy?

Nie wieszczyłbym katastrofy. My będziemy się modlić z różańcem w ręku, a sąsiad będzie się skłaniał w kierunku Mekki. Nie będziemy sobie w tym przeszkadzać, dopóki nikt nie będzie represjonowany. Tak jest dziś i może w tym należy upatrywać szansy na szczęśliwą przyszłość. Przypomnijmy sobie bowiem, że wszystkie poprzednie przejęcia były przeprowadzane ogniem i mieczem, zarówno te arabskie, jak i nasze, krucjatowe, że o krwawej kolonizacji pod znakiem krzyża nie wspomnę. Mamy straszną wspólną historię, która właśnie skręca w chyba bezpieczniejszą uliczkę. Choć w czasach konfliktu z Państwem Islamskim brzmi to paradoksalnie. Już wkrótce w wyniku trwających pokojowych procesów być może będziemy w naszym kraju mniejszością - rasową, wyznaniową. I akurat ja nie mam z tym żadnego problemu. Proszę zwrócić uwagę, że burmistrzem Londynu zostaje muzułmanin z Pakistanu. Burmistrzem Rotterdamu jest bodaj Marokańczyk. Mądrzy, światli ludzie, być może zwiastujący renesans islamu, który rozpaczliwie potrzebuje oświecenia. Nie uważam, że nasza historia, religia czy wykształcenie jest jakkolwiek lepsze od kultury wykształconego człowieka z Kairu, Delhi czy Jerozolimy. Wybitny teolog Tomas Halik mówi, że podziały występują na zupełnie innych poziomach, że one nie dotyczą różnic wiary, a różnic wykształcenia. Dowodził, w co ja wierzę, że znacznie lepiej dogada się światły muzułmanin ze światłym katolikiem, niż mądry chrześcijanin ze swoim fanatycznym sąsiadem z tej samej parafii.

Myślę, że większość Polaków nie podziela pana entuzjazmu wobec bycia mniejszością we własnym kraju.

Ale przecież ja już jestem mniejszością! Jak powiedział mi przed laty Jeremi Przybora: „wie pan, my to jesteśmy już marginesem społecznym”. Nie lubię myślenia w kategoriach „własnego kraju”, granic, podziałów. Ja jestem z tych, którzy uważają, że na widok powiewającego sztandaru człowiek powinien odczuwać głównie wiatr. Przemawia do mnie podejście szersze, perspektywa rodziny człowieczej. Jeśli więc flaga, to już Unii Europejskiej jako symbol pojednania. W Polsce doskonale widać myśl Halika wcieloną w życie: jesteśmy tak skłóceni, że obie strony często szukają bratnich dusz w innych społecznościach, poza granicami. Jedna wśród intelektualistów i humanistów, druga wśród nacjonalistów i radykałów religijnych. To konflikt idei przyjaznego otwarcia z ideą nieufnej izolacji. Podziały nie przebiegają już wzdłuż granic na mapie.

Nie obawia się pan jednak, że to przejęcie może nie być pokojowe? Że ci, którzy przyjdą, nie pozwolą nam kultywować własnych tradycji czy religii?

Gdybyśmy spodziewali się u nas wyłącznie światłych muzułmanów, byłbym szczęśliwy i witał bym ich z otwartymi ramionami jako tych, którzy doprowadziliby do całkowitego rozdziału życia społecznego i religijnego. Ale światłych ludzi jest po prostu za mało. Dominują ruchy radykalne i ortodoksyjne, które uważają, że nie ma żadnej dyskusji z Koranem, że to Allah ustanawia prawa a nie człowiek w demokracji parlamentarnej. To daje nam niewielkie szanse. Turcja i Tunezja to kraje, w których próbowano taki rozdział państwa od religii przeprowadzić. Obecnie jednak Turcja, jedyny laicki kraj muzułmański, zmierza z wolna w kierunku państwa wyznaniowego, podobnie zresztą, jak moim zdaniem Polska. Tunezja zaś ze swoją światłą, wyzwalającą kobietę konstytucją, stała się areną dramatycznych zamachów terrorystycznych właśnie z niezgody radykałów na jej otwarty charakter. Nie jestem więc optymistą. Ale jestem utopistą i bardzo mi się podoba wizja wieloplemiennego świata, całkowicie tolerancyjnego. Wyjątkiem jest tolerancja wobec nienawiści - zero tolerancji dla nietolerancji.

Dlaczego pana zdaniem islam się radykalizuje?

Nie czuję się politycznym ekspertem. Ja po prostu spędziłem sporo czasu w krajach islamskich: w Sudanie, Somalii, Burkina Faso, Egipcie, Mali, Maroku, w kulturze Suahili. Rozmawiałem, czytałem, obserwowałem. Odpowiem więc na tyle, na ile pozwala mi doświadczenie. Islam jest dziś silnie podzielony wewnętrznie. Wahabita z Arabii Saudyjskiej najchętniej nabiłby wspomnianego mera Londynu na pal. Salafita z Kairu z radością wykonałby wyrok na Salmanie Rushdie’m. Sunniccy bojownicy Państwa Islamskiego zapowiedzieli, że wymordują wszystkich szyitów, jako odszczepieńców od jedynej prawdziwej wiary. To setki milionów potencjalnych ofiar. Proszę zauważyć, że radykalny islam w ogromnej większości morduje wyznawców Allaha.

A konfrontacja islam – Zachód?

Radykalizacja islamu wobec nas nasila się w ostatnim czasie pośrednio ze względów ekonomicznych. Interesy Zachodu w krajach arabskich są tak liczne i bezkompromisowe, że dla podtrzymania własnej ekonomii robimy tam rzeczy drastyczne. Wyjątkowo brutalna wojna w Iraku była oparta, jak wiemy, na fałszywych oskarżeniach o posiadanie broni masowego rażenia, a w istocie toczyła się o wpływy w regionie roponośnym. Świat islamu, czemu trudno się dziwić, nie godzi się na naszą przemoc. Ofiarami każdej bomby zrzuconej w kraju islamskim w 90 proc. są niewinni ludzie, których najbliżsi natychmiast stają się radykałami. Prowadząc politykę agresji i rewanżu, a nie rozmowy i współistnienia, skazujemy się na klęskę. Historia niczego nas nie uczy. Szkoda.

Marzy się panu dom w Afryce?

Marzył się, ale z różnych względów nie udało mi się tego zrealizować. Niejako w zamian 8 lat temu osiedliłem się w Lizbonie, swego rodzaju preludium do Afryki. Tam niemal co drugi człowiek jest Afrykaninem, ale to współistnienie układa się fantastycznie. Jest np. mural, na którym zdanie „Lizbona miastem tolerancji” napisano w 100 językach, również po polsku. I tylko ten polski napis jest plugawiony przez naszych kiboli bądź durnych turystów znad Wisły. Jest zamazywany albo dodawane są jakieś polskie komentarze czy faszystowskie nalepki, symbole falangi. To znamienne.

Czy swoim miejscem na ziemi nazwałby pan Warszawę?

Chyba tak, ostatnio przyzwoicie się tutaj czuję. Jesteśmy przecież związani z miejscem naszych miłości, przyjaźni i rodzinnych więzów. To było szpetne miasto mojej młodości i wciąż jest niespecjalnie piękne, ale jest moim miejscem na ziemi, jednym z kilku. Mieszkam też na farmie nad rzeką, w Lizbonie, sporo czasu spędzam w Afryce.
Mam wątpliwość, czy to właściwy plan na życie: urodzić się, pracować, kochać, cierpieć a następnie umrzeć w tym samym miejscu. Może więc po to były te moje wszystkie wyprawy? 25 lat spędzonych na wędrowaniu po Afryce to swego rodzaju odskocznia, drugi świat, odmienny życiorys, do którego pewnie każdy człowiek podświadomie tęskni, bo życie tak często zdaje się być „gdzie indziej”.