W sferze rozwiązań gospodarczych i ustrojowych Zachód stanowi dla Polski (i przecież nie jej jednej) wzór od kilku przynajmniej pokoleń. Już w 1840 r., raptem 11 lat po udanym przejeździe eksperymentalnej lokomotywy parowej, entuzjastycznie pisał polski publicysta: „Kolej żelazna nie pozostanie jedynie środkiem mechanicznym, będzie ona zarazem środkiem umysłowym. Niech tylko jej sieć rzucona na całą Europę zostanie, a wszystko na kolejach żelaznych pójdzie naprzód: przemysł, cywilizacja, rozum, moralność. Biada temu, kto na tę kolej nie siądzie. Daleko on za nią w tyle pozostanie”. Maleńki to przykładzik, ale wymowny, wiary, że światło przychodzi z Zachodu. W sferze idei i w sferze materialnej.

Mogliśmy sobie powtarzać od czasu do czasu o polskiej romantyczno-mesjańskiej specyfice i o wyższości naszego nieba nad niebem włoskim (Mickiewicz, „Pan Tadeusz”). Ile razy jednak przychodziło do konkretów, staraliśmy się odwoływać do więzi z Zachodem, nieraz przeciw Rosji. Tak było i podczas powstania listopadowego, i wtedy, kiedy szukano konstytucji dla II Rzeczypospolitej, i kiedy ganialiśmy się z ZOMO-wcami.

To nie tylko nasz problem, ale i dziesiątków narodów w Europie i poza nią, od Estończyków przez Węgrów do Egipcjan i Brazylijczyków. Zachód to Zachód.

Nie ma się czego wstydzić, raczej trzeba się umieć pogodzić z werdyktem historii, która tak, a nie inaczej rozdała karty. Polska dzisiaj nie jest świeżo upieczonym państewkiem z lat 1918–1939 ani masą upadłościową z 1989 r. Nie mamy powodu, aby wpatrywać się w Brukselę jak cielę na malowane wrota, my też jesteśmy dzielnicą „Brukseli”. Możemy, jak chce Kaczyński, twardo grać z Unią Europejską, nie tracąc z oka oczywistej prawdy, że odsuwając się, chociażby tylko symbolicznie od Unii, przesuwamy się z zachodu na wschód.