"Temperaturę w tle grzeje szef największego ugrupowania parlamentarnego, czyli Jarosław Kaczyński"

Prezes PiS mówił m.in., że Polacy mają prawo do zmiany, mają prawo do naprawy Rzeczypospolitej, do budowy jej nowego, lepszego, korzystniejszego dla zdecydowanej większości Polaków kształtu. Podkreślał też potrzebę przejęcia władzy w stolicy.

Politolog z Uniwersytetu Łódzkiego dr hab. Jacek Reginia-Zacharski zaznaczył, że w tym wystąpieniu bardzo silnie eksponowana była suwerenność. - Suwerenność, suwerenność, wolność, suwerenność - podkreślił. Jego zdaniem to szef PiS podgrzewa temperaturę na scenie politycznej, a nie prezydent, czy rząd.

Prezydent zachowuje bardzo chłodny dystans, rząd jest nieco bardziej kategoryczny w stanowiskach od prezydenta, natomiast temperaturę w tle grzeje szef największego ugrupowania parlamentarnego, czyli Jarosław Kaczyński - ocenił Reginia-Zacharski w rozmowie z PAP. - Jeśli patrzymy na mechanizmy polityczne, to całkiem naturalny rozkład temperatur - dodał.

W tych obecnych informacyjnych czasach wszystko, co powie Jarosław Kaczyński jest wielokrotnie mnożone i rozbierane na części, natomiast nie jest to wystąpienie, które odbiegałoby od jego standardów - mówił politolog. - Było zdecydowane, bardzo precyzyjnie zwektorowane, z silnymi dominantami słownymi - podkreślił.

"Mocne słowa uruchamiają negatywną lawinę komentarzy"

Politolożka dr hab. Ewa Marciniak z Uniwersytetu Warszawskiego wystąpienie lidera rządzącej partii oceniła jako "bardzo mocne i nasycone wieloma silnymi określeniami" i widzi w takiej wypowiedzi kilka celów.

Sądzę, że Kaczyński, jako lider "dobrej zmiany", przede wszystkim musi raz na jakiś czas dostarczyć silnych argumentów swoim zwolennikom po to, żeby oni również mieli poczucie sensowności trwającego procesu - skomentowała wystąpienie prezesa PiS Marciniak.

Taka argumentacja z ust prezesa PiS jest co najmniej pożądana, potrzebna. Co jakiś czas takie mocne słowa muszą się pojawić w dyskursie publicznym. Widzimy konsekwencję w wypowiedziach polityka, jego retoryka jest spójna, a zdania powtarzane wiele razy mają na ludzi o wiele większy wpływ - dodała.

Jak zauważyła, Kaczyński dostarczając argumentów swoim zwolennikom jednocześnie daje punkt odniesienia tym, którzy są "dobrej zmianie" przeciwni. - Mocne słowa, takie jak np. że mamy do czynienia z rebelią, wzbudzają także kontrowersje i uruchamiają negatywną lawinę komentarzy - powiedziała. Jej zdaniem prezes Kaczyński zdaje sobie sprawę, że to jeszcze bardziej polaryzuje społeczeństwo.

Również Marciniak podkreśliła, że w wypowiedzi Kaczyńskiego wielokrotnie pojawiały się określenia "suweren" i "suwerenność", które są też konsekwentnie używane przez innych członków partii - w tym przez premier Beatę Szydło. Zdaniem politolożki te słowa miały rozwinąć poczucie podmiotowości w zwolennikach PiS, czyli "tych obywatelach, którzy do tej pory takiego poczucia podmiotowości nie mieli".

Rzeczywiście jest tak - co pokazują badania - że prawdopodobnie dzięki retoryce, zgodnie z którą każdy jest suwerenem, czyli kimś ważnym - wśród wyborców partii Jarosława Kaczyńskiego kształtuje się poczucie istotności - powiedziała ekspertka.

To długofalowy, rozpoczęty już i intensyfikowany teraz proces. W życiu ludzi, może realnie poza ekonomicznym, niewiele się zmienia, ale już nie czują się pomijani - mówiła. - Suwerenność jest tutaj pojęciem - kluczem, które ma utrzymywać aktualnych zwolenników i zjednywać nowych" i prowadzić do pewnego rodzaju mobilizacji i obrony polityki PiS - dodała.

Zdaniem Marciniak wypowiedź Kaczyńskiego o zasadach państwa demokratycznego i zasadach państwa prawa była czymś, z czym trudno się nie zgodzić. - Polityk jednak dość jednostronnie wskazał instytucje, które łamią zasady państwa prawa. Wytknął tylko elementy - Trybunał Konstytucyjny i prezesa TK prof. Andrzeja Rzeplińskiego, które tego nie respektują i jego zdaniem łamią demokrację. To słuszna perspektywa, ale z jego perspektywy politycznej - zaznaczyła.

Politolożka wskazała także na eksponowany przez Kaczyńskiego podział na "my i oni". Pierwsi - spójni, pozytywni, z dobrymi intencjami - muszą walczyć z "onymi", którzy są - jak mówiła - "przeciwko reformom, dobrej zmianie, suwerenowi". - To nie jest zaskakujące. Budowanie syndromu oblężonej twierdzy, czyli poszukiwanie wroga wewnątrz i na zewnątrz Polski, jest od dawna obecne w narracji Kaczyńskiego - podkreśliła.

Wystąpienie prezesa PiS ze strony formalno-organizacyjnej uznałabym za skierowane do zwolenników partii. Było potwierdzeniem, że PiS na tej drodze, na której się znalazł, zamierza realizować wszystkie swoje plany i postulaty. Wskazuje na to chociażby wspomnienie o funkcji prezydenta Warszawy. "Dobra zmiana" ma być wszędzie w sensie geograficznym i podmiotowym - tłumaczyła.

Jak zauważyła, "wszystko odbywa się na fali sukcesu wyborczego", a w wypowiedzi nie pojawiły się elementy samokrytyki. - PiS - przez prawie czterdziestoprocentowe poparcie - funkcjonuje w psychologicznym efekcie zwycięstwa i konsumuje to poczucie wygranej. Myślę, że dlatego nie było w tej wypowiedzi sygnałów o charakterze ostrzegawczym, sygnalizującym jakąś dywersyfikację tych planów - mówiła.

PiS ma społeczny system akceptacji, stąd takie przemówienie. Trzeba pamiętać, że ono ma dwa końce - im ostrzej Kaczyński będzie się zwracał do swoich popleczników, tym większy będzie opór reszty - podsumowała.