Richter od początku sprzyjał polityce otwartych drzwi, co zresztą sam przyznaje. Właśnie dlatego ważny jest jego głos opublikowany na łamach liberalnego brytyjskiego „Guardiana”. - Myśleliśmy, że poradzimy sobie z liczbą uchodźców. Teraz jesteśmy gorzko podzieleni – pisze. Dalej pojawiają się argumenty, które zwolennika otwartości na migrantów muszą boleć. Tym bardziej że wynikają z prywatnych doświadczeń i realnej chęci czynienia dobra, które się nie ziściło.

Richter pisze, jak jesienią ubiegłego roku zdecydował wraz z żoną o przyjęciu przybyszów pod dach swojego berlińskiego mieszkania (autor używa konsekwentnie terminu uchodźca, refugee, a nie migrant, co w brytyjskiej publicystyce ma znaczenie i w dużej mierze definiuje stosunek do problemu). Do tego zobowiązywała go żywa w RFN zasada Willkommenskultur (duch lub inaczej kultura gościnności). Pewnego dnia po północy zadzwonili do niego przedstawiciele organizacji pomocowej, którzy poprosili o przenocowanie... Mołdawianina. Jak pisze, były też jednak osoby z krajów bardziej odległych niż dawna republika radziecka. Większość stanowili małomówni mężczyźni w  wieku ok. 20 lat. Jeden z nich – jak wspomina Richter, autentycznie współczuł gospodarzowi, że ma trzy córki i żadnego syna. Kolejny, nie wiedzieć czemu, dopytywał, czy aby na pewno pani domu nie jest Żydówką.

Dla niemieckiej rodziny, która wychowana jest w duchu idei absolutnej równości – płci, orientacji seksualnej, etnosu i pamięci o Shoah – pytania przybysza (nieświadomego zaplecza kulturowego powojennego RFN) muszą być gorszące. Niemiec z Berlina czy Frankfurtu – nawet jeśli zna muzułmańską instytucję bacza pusz, w której rodziny pozbawione syna „delegują” jedną z córek do udawania potomka płci męskiej (czyli tego, który ma prawo do edukacji, wolności i  pracy zarobkowej) – daleki jest od zaakceptowania tak obcesowej pogardy dla równości.

Świadectwo Richtera jest ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, to laboratorium dojrzewania buntu zamożnego niemieckiego mieszczaństwa wobec nierozsądnej polityki, którą RFN i Europie próbowała zafundować kanclerz Angela Merkel. Po drugie, argumenty prezentowane są z pozycji rozumu, a nie ksenofobicznej histerii podsycanej przez partie takie jak Alternatywa dla Niemiec (AfD) czy austriacka Partia Wolności (FPO). Nie padają one z ust wielbiciela wurstu, piwa i samochodu o wysokiej emisji spalin, lecz tych słynnych wegetarian, którzy nad auto przedkładają rower, a zamiast pilsa w litrowych kuflach piją organiczną kawę z  mlekiem sojowym.

Gdyby przedstawił je Konrad Adam z AfD albo Norbert Hofer z FPO, zapewne trafiłyby do kategorii „kolejny występek opętanego ksenofoba”. Gdy wypowiada je liberalny przedstawiciel postępowej klasy średniej, nabierają znaczenia.

Richter podsumowując swój tekst, pisze: „Co teraz? Granice Unii są raczej zamknięte. Nie ma ludzi dzwoniących z prośbą o przyjęcie uchodźcy. Gdybyśmy jednak dostali taki telefon, nie jestem pewien, czy wesoło powiedziałbym OK”. Zaraz dodaje: „To jednak nie oznacza, że zmieniliśmy się w barbarzyńców”.

Takie deklaracje są o wiele ważniejsze niż słowa Angeli Merkel czy analizy specjalistów od migracji. To one definiują prawdziwy stosunek społeczeństwa do jednego z największych wyzwań, przed jakimi stanęła Europa po II wojnie światowej. Szkoda tylko, że dojście do tych wniosków rozsądnym ludziom za naszą zachodnią granicą musiało zająć prawie rok. I szkoda, że tych, którzy wcześniej doszli do podobnych wniosków, jeszcze do niedawna nazywano barbarzyńcami.