Czasów Leona XIII, mimo zaawansowanego wieku, nie pamiętam, za to transformację po 1989 r. – coraz lepiej. Centroprawica od Unii Demokratycznej przez partię braci Kaczyńskich, stronnictwa ludowe oraz plankton „chrześcijańsko-demokratyczny” odruchowo wpisywała zasadę pomocniczości do politycznych programów. W pewnym sensie idea subsydiarności była idealną odpowiedzią na brak myślenia społecznego, na syndrom wyuczonej w latach PRL-u bezradności oraz na żądzę indywidualnego sukcesu bez oglądania się na szansę sukcesu innych. Ani bezradny niezguła, ani egoistyczny wilczek kapitalizmu, tylko Polak „do tańca i do różańca” zapisany jest w mądrości Kościoła.

Jednym z nielicznych przykładów zastosowania w wolnej Polsce zasady pomocniczości są szkoły społeczne. Państwowy system nie otwiera wielu ścieżek rozwoju? To tworzymy własne szkoły, wprowadzamy w obieg edukacji własne pieniądze oraz własne pomysły na własne ryzyko. Państwo, gdyby potrafiło dobrze obracać energią ludzi, którym się chce, doprowadziłoby szkolnictwo społeczne do rangi naszego dobra narodowego powszechnie dostępnego dla młodzieży z niezamożnych domów. Zawsze jednak to zadanie przerastało horyzonty liberałów i „liberałów” rządzących Polską. Podobnie jak budownictwo komunalne, mieszkania na wynajem, praca na etat i pomoc rodzinom.

Teraz, jak słyszę, wszystko to już „można”. Każda złotówka zainwestowana w zasadę pomocniczości zwróci się poczwórnie, dlaczego skąpić wsparcia szkołom utrzymywanym przez rodziców?