W 1989 r. byliśmy tak słabi, że przyjęcie kursu „na Europę” było wybawieniem. W 2016 r. jesteśmy w innym miejscu. Osiągnęliśmy sukces – sukces względny. Wiele osób zadaje sobie teatralne pytanie „jak ONI mogli wygrać, szermując hasłami o powszechnym upadku wszystkiego, skoro jest lepiej niż kiedyś”. A przecież historia pokazuje, że właśnie sukces powoduje realny wzrost napięć społecznych – i liderami buntu nie są ci, którym jest najgorzej, ale ci, którzy prostując się, dostrzegli sufit. Ostrożność nakazywałaby nie zmieniać kursu, powiedzonko, że „lepsze jest wrogiem dobrego” ma sens. Warto jednak pamiętać, że najkrwawsze rewolucje XX w. – meksykańska, rosyjska i chińska – wybuchły w krajach wychodzących z zastoju, w krajach względnego sukcesu właśnie.

Zdecydowanie lepiej jest mieć u władzy Ziobrę i Macierewicza niż rewolucjonistów.

Tak, Prawo i Sprawiedliwość, partia, która nie umie nawet zrobić porządnych „Wiadomości” telewizyjnych, raczej nie udźwignie ciężaru własnych planów cywilizacyjnego awansu. Zamiast Polski gospodarczo partnerskiej wobec Zachodu, możemy dostać Polskę po przejściach. Zamiast skutecznej pomocy osobom gorzej sytuowanym, dostaniemy miliony zdemoralizowanych nierealnymi programami społecznymi. Zamiast uwolnienia drzemiącej (oby!) w Polakach energii, obudzimy energię służb fiskalnych, specjalnych, „antykorupcyjnych”, a nawet Kuratorium Oświaty i Wychowania. A także energię kodowskiego „ruchu oporu”, który niczym grupa rekonstrukcyjna imituje walkę lat 80., zakłamując zupełnie istotę XXI-wiecznego polskiego dylematu. Tak może się zakończyć próba przepchnięcia Polski z peryferii do centrum.

Wielu Polaków będzie się wówczas cieszyć, że pisowcom się nie udało – bo uważają, że „peryferie” to pojęcie odnoszące się do kościelno-patriotycznego klimatu, którym raczy nas PiS. Popełniają błąd w tej ocenie, lecz cóż, zadufanie i zaślepienie nie są oddane na wyłączność polskiej prawicy.