Brexit wywołał wstrząs na rynkach finansowych. Europejskie indeksy zanurkowały o kilka procent. To tylko nerwowa reakcja na wynik referendum czy też początek większych turbulencji jak w 2008 r.?

Różnica między rokiem 2008 a dniem dzisiejszym jest zasadnicza. Wówczas upadek Lehman Brothers ujawnił skalę kryzysu w instytucjach finansowych. To było zjawisko ekonomiczne, natomiast dzisiaj mamy do czynienia z decyzją polityczną. Obserwowane w piątek spadki są po prostu dostosowaniem rynków finansowych do wyników referendum. Ich skala wynika z zaskoczenia – przed referendum nastąpił wzrost oczekiwań na jego pozytywny wynik, mieliśmy nawet do czynienia z umocnieniem się funta.

Po tych pierwszych turbulencjach wszystko zatem wróci do normy?

Sytuacja z czasem się uspokoi, chociaż zapewne indeksy giełdowe i kurs funta nie wrócą dokładnie do poziomu sprzed referendum. Jakiś koszt tej decyzji Wielkiej Brytanii rynki finansowe będą musiały ponieść. Warto też dodać, że Brexit to okazja do korekty – przyglądałem się niedawno poziomom najważniejszych indeksów sprzed 2008 r. i obecnie i w przypadku Dow Jonesa czy DAX przed obecnym referendum były one o 50 czy 60 proc. wyższe niż przed krachem z 2008 r.

A co, jeśli chodzi o Polskę?

Tu sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana, nasza giełda dość wyraźnie odstaje od zachodnioeuropejskich – obecny poziom indeksów jest o ok. 40 proc. niższy niż w 2008 r. To wynika po pierwsze z tego, że państwa zachodnie prowadziły politykę intensywnych obniżek stóp procentowych, a to zawsze sprzyja inwestycjom portfelowym. Ale jest i drugi powód: polski rynek wciąż cieszy się mniejszym zaufaniem niż zachodnie giełdy i raczej to zaufanie traci.

Czy nasza gospodarka odczuje Brexit?

Z pewnością, chociaż konsekwencje nie muszą być dramatyczne. Po pierwsze wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to będzie proces rozłożony na lata. W piątek zapadła decyzja, natomiast to, w jakim tempie i na jakich warunkach będzie realizowana, będzie przedmiotem negocjacji. Przede wszystkim należy się liczyć z rewizją unijnego budżetu i zmniejszeniem napływu środków. Wielka Brytania jest jednym z większych płatników do wspólnego budżetu i trzeba go będzie zweryfikować. Ale nie jest to kwestia najbliższych miesięcy, a i potem ostateczny kształt budżetu będzie zależał od negocjacji. Nie wykluczam, że jakiś wkład Wielkiej Brytanii do unijnej kasy zostanie utrzymany. Wielokrotnie zresztą podkreślałem, że nie należy przeceniać roli unijnych funduszy w rozwoju gospodarki – to poważny zastrzyk pieniędzy, ale nie są one najważniejszym czynnikiem. Widać skądinąd, że już dziś pojawiają się problemy z absorbcją tych środków, które mamy. Nie spodziewam się również załamania wymiany handlowej, bo jest ona opłacalna dla obu stron. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie będzie prawdopodobnie skutkować wprowadzeniem ceł zaporowych. Pozytywnym zjawiskiem może być natomiast powrót do kraju 200–300 tys. naszych rodaków z Wielkiej Brytanii. To osoby aktywne zawodowo, najczęściej dobrze wykwalifikowane, które na emigracji zyskały nowe kompetencje. Uważam zresztą, że fala emigracji z Europy Środkowej po rozszerzeniu UE z 2004 r. jest jednym z głównych powodów, dla których Brytyjczycy podjęli taką, a nie inną decyzję.

Nie mamy się zatem czego obawiać?

Możliwe są różne scenariusze. Także negatywne. Jednym z nich jest pomniejszenie Unii Europejskiej o kolejne kraje. Rozpad UE byłby kolosalnym zagrożeniem z punktu widzenia naszej gospodarki. Inną możliwością jest intensywny powrót do tzw. Europy dwóch prędkości, czyli ściślejsza integracja w oparciu o kraje strefy euro i podział kontynentu na twarde jądro i peryferia. W tym scenariuszu pozostajemy zdecydowanie na peryferiach, bo Polska nie przyjęła euro i dziś nie chce mieć europejskiej waluty. Jest zresztą niejasne, jaka jest strategia polskiej polityki wobec UE w dłuższej perspektywie. Dziś Jarosław Kaczyński mówi, że nie ma mowy o wychodzeniu z UE, bo na tym korzystamy, a i większość Polaków jest za członkostwem. Ale co będzie za np. 10 lat? W myśleniu PiS widzę podobne akcenty, jak np. u francuskich lub greckich eurosceptyków.

Z tego wynika, że ostatecznie o tym, jaki wpływ Brexit będzie miał na europejską i polską gospodarkę, przesądzą decyzje polityków.

Zdecydowanie. Ważne, co zrobią przywódcy krajów europejskich – Niemiec, Francji – by zminimalizować ryzyko efektu domina i rozpadu UE. Myślę, że jakieś inicjatywy powinny pojawić się w ciągu najbliższego roku. Pytanie tylko, czy zaproponują jakieś rozwiązania, czy raczej efektem ich pomysłów będzie realizacja tych negatywnych scenariuszy.