Sytuacja wydaje się lekko schizofreniczna. Z jednej strony Jarosław Kaczyński i jego partyjni koledzy wielokrotnie dawali wyraz swojej niechęci wobec lokalnych władz, które - nie ma co ukrywać - są zdominowane przez działaczy PO i PSL, zwłaszcza na szczeblu wojewódzkim. Do dziś słyszymy argumenty o zafałszowanych wyborach samorządowych z 2014 roku, w których to wyborcy nie poznali się na skomplikowanym układzie kart do głosowania. Poza tym według PiS duża część gminnych włodarzy to nie sprawni menadżerowie (często przecież niepartyjni), lecz część lokalnego układu, sitwy blokującej rozwój i chroniącej stołki, którą rozbić będzie można jedynie odgórnym limitowaniem kadencji.

Z drugiej strony mamy wielokrotne zachwyty ministrów w rządzie PiS nad tym, jak sprawnie samorządy wdrożyły u siebie program "Rodzina 500 Plus". Tu samorządy okazały się dla rządu "partnerem" czy wręcz "zbrojnym ramieniem". I to prawda. Bez tysięcy urzędników rozsianych po kraju premier Beata Szydło i minister rodziny Elżbieta Rafalska mogłyby co najwyżej pomarzyć o sprawnej wypłacie 500 zł na dziecko i wyciszeniu tym samym konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego (bo kto niby będzie się teraz przejmował jakimś tam trybunałem, skoro widzi przelewy na swoim koncie).

Technika salami

Teraz, gdy wielka machina wypłat ruszyła i najgorszy moment jej rozruchu mamy za sobą, coś w tej idyllicznej współpracy między rządem a samorządami zaczyna się psuć. Jakby z relacji partnerskiej wszystko wracało na dawne tory, czyli relacji rząd-pożyteczny idiota.

Regularnie przyglądam się posiedzeniom Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, podczas których obie strony opiniują projekty aktów prawnych czy omawiają sprawy bieżące. I niestety odnoszę wrażenie, że spotkania te za każdym razem kończą się w coraz gorszej atmosferze. Po ostatnim posiedzeniu mimochodem usłyszałem komentarz jednego z samorządowców: Rozkroją nas jak salami. Kawałek po kawałeczku.

I rzeczywiście, można odnieść wrażenie, że skoro Jarosław Kaczyński tak łatwo samorządów nie przejmie (stworzenie nowych województw okazało się nie takie proste, podobnie jak wcześniejsze wybory lokalne), to trzeba zmienić taktykę. A ta taktyka to ciche, lecz konsekwentne pozbawianie samorządów kompetencji. Lub jak kto woli - centralizacja zarządzania państwem.

Poseł może wszystko

Podczas ostatnich obrad w budynku MSWiA przy ul. Batorego w Warszawie największy zgrzyt dotyczył oświaty - systemowego chomąta coraz bardziej ciążącego gminom. Choć rządowy projekt nowelizacji został już uzgodniony ze stroną samorządową, niespodziewanie w trakcie prac parlamentarnych posłowie dorzucili cały szereg poprawek wzmacniających pozycję kuratora oświaty względem lokalnych władz. I tak np. samorządy prowadzące szkoły będą musiały wysyłać wszystkie arkusze organizacyjne szkół do zaopiniowania przez kuratora. Jego rola ma być też większa przy powoływaniu i ocenie pracy dyrektora szkoły. - Nadal my ponosimy odpowiedzialność organizacyjną i finansową, a coraz mniej mamy do powiedzenia - skomentował te zmiany Andrzej Porawski, współprowadzący obrady Komisji Wspólnej z ramienia samorządów.

Oczywiście można dyskutować, czy takie zmiany są zasadne, czy nie. Bardziej jednak chodzi o styl ich wdrażania. Nie dalej jak 2 czerwca na Ogólnopolskiej Debacie Oświatowej minister edukacji Anna Zalewska zapewniała wójtów i burmistrzów, że mogą spać spokojnie, gdyż żadne istotne zmiany nie będą wprowadzane rękami posłów, tylko w razie czego będą szły normalnie jako projekty rządowe. Gdy rzeczywistość okazała się inna niż zapowiedzi pani minister, narracja się zmieniła. Jej zastępczyni Teresa Wargocka próbowała przekonać samorządowców, że… odpowiedzialność za projekt rządowy kończy się z chwilą jego skierowania do parlamentu (dość zatrważająca konstatacja, biorąc pod uwagę nocny tryb pracy parlamentarzystów i szaleńcze tempo). Potem jednak szybko odkryła się z prawdziwymi intencjami rządu. Jak bowiem dodała, rząd w wyniku debat zamierzał w kolejnej nowelizacji i tak zaproponować poprawki wzmacniające rolę kuratorów, tak by weszły one w życie od 1 września 2017 r., a posłowie tylko przyspieszyli proces zmian.

To wotum nieufności dla samorządu

Za rządów PO-PSL samorządy narzekały na nadmiar zadań przerzucanych na ich barki bez zapewnienia środków na ich realizację. Teraz boją się, że partia Jarosława Kaczyńskiego ogołoci je z kompetencji i tym samym - zmarginalizuje. Związek Powiatów Polskich (ZPP) przyjął już nawet stanowisko w tej sprawie. Czytamy w nim o kolejnych ograniczeniach: a to że w sferze ochrony zdrowia planuje się ograniczenie uprawnień właścicielskich samorządów wobec swoich własnych jednostek (szpitali); a to że w sferze gospodarowania wodami odbiera się samorządom kompetencje, centralizując je w podmiocie rządowym (tzw. Wody Polskie); a to że w sferze administracyjnej planuje się pozbawienie powiatów zadań związanych z nadzorem nad stacjami kontroli pojazdów.

Przykłady można mnożyć, a samorządy mają swoją interpretację: Dla każdej z tych zmian rozpatrywanych z osobna można znaleźć argumenty za nią przemawiające; w całości stanowią one swoiste wotum nieufności wobec samorządu terytorialnego jako takiego - stwierdzają przedstawiciele powiatów z ZPP.

Z punktu widzenia samorządów, całe szczęście, że wciąż mają one istotną rolę do odegrania w dystrybucji europejskich funduszy (40 proc. wszystkich pieniędzy przyznanych Polsce). Sęk w tym, by przy jednoczesnym ograniczaniu kompetencji samorządy nie zmieniły się w rządowych kasjerów, wypełniających jedynie dyspozycje centrali w Warszawie. Nie po to odchodziliśmy od rad narodowych.