Ten teatr miał odejść w niepamięć – twarzą proprzedsiębiorczych reform obecnego rządu został nad wiek poważny, doświadczony i wykształcony technokrata, wicepremier Morawiecki. Przekrój tych propozycji jest olbrzymi – od ograniczeń dla instytucji kontrolnych, poprzez zmianę procedury administracyjnej po nowy rodzaj spółki kapitałowej i zmiany w zasadach ustalania warunków pracy. Wszystkie propozycje legislacyjnych reform ma opracować kierowane przez premiera Morawieckiego Ministerstwo Rozwoju.

I tu pojawia się problem. Doświadczenie podpowiada, że jedna instytucja, na dodatek funkcjonująca od niedawna (jej trzonem jest dawny resort gospodarki), nie jest w stanie przygotować zmian podatkowych, administracyjnych, prawnopracowniczych i cywilnoprawnych. A nawet jeśli próbuje – nie uniknie błędów nowicjusza. Bo jak ktoś się zna na wszystkim, to najczęściej na niczym bardzo dobrze.

To widoczne w odniesieniu do propozycji zmian w prawie pracy. Dla przykładu pracodawcy, którzy zatrudniają od 20 do 49 pracowników, nie będą musieli tworzyć regulaminów pracy i wynagradzania. Na papierze to znacząca ulga dla niewielkich firm. W praktyce jednak zmiana ta nie zwolni ich z określania np. zasad wynagradzania i premiowania, bo będą im grozić pozwy z tytułu dyskryminacji płacowej. Nie oznacza też, że nie będą już musieli np. określać pory nocnej w firmie lub wykazu prac wzbronionych kobietom. Zamiast regulaminów pracy będą musieli wydawać uchwały lub ogłoszenia. Zmieni się więc nazwa dokumentu, obowiązki pozostaną.

To centralistyczne podejście do reform powoduje też ewidentne sprzeczności. Z jednej strony pakiet dla przedsiębiorców zakłada np. ograniczenia w zakresie kontroli firm, a z drugiej rząd zapowiadał wcześniej wzmocnienie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy (deklarowano konieczność podwyższenia kar za łamanie prawa pracy i doprecyzowania, że inspektor pracy może wejść do każdej firmy bez zapowiedzi). Jak połączyć te dwie sprzeczne idee?

Nie sądzę, aby jedna instytucja samodzielnie była w stanie odpowiedzieć na to pytanie i przygotować przepisy, które realnie poprawią całe otoczenie, w jakim funkcjonują firmy. Choć to mało przyjemne, to jednak trzeba będzie się zapytać np. ZUS-u czy jest w stanie przechowywać dokumentację pracowniczą za firmy przez kilkadziesiąt lat lub np. Inspekcję Pracy, czy ograniczenia kontroli nie spowodują pogorszenia i tak nie najlepszych warunków zatrudnienia w Polsce. W przeciwnym razie próba reform znów zmieni się w polityczny teatr.