Wszystko to zajęło mi dosłownie 30 minut, podczas których nie ruszyłem się z kanapy, za to opróżniłem całą butelkę wina, co dodatkowo wprawiło mnie w świetny, urlopowy nastrój. Bądźmy szczerzy, jeszcze dekadę temu na wszystkie te czynności musiałbym poświęcić kilka dni. Chęć obejrzenia filmu świeższego niż "Rambo" wiązała się z wizytą w jakimś dużym mieście (a później trzeba było go jeszcze odwieźć). Żeby odprawić się na lot, musiałem być na lotnisku dwie godziny wcześniej, zaś uregulowanie rachunku za prąd i gaz wymagało odwiedzenia przybytku zwanego pocztą, gdzie smutnej pani z trwałą na głowie ktoś wmówił, że pieczątka to młot kowalski i należy jej używać z taką delikatnością, żeby trzęsły się szyby w oknach. Z kolei sprawdzenie, jaką temperaturę ma woda w danym zakątku świata, oznaczało – ni mniej, nie więcej – konieczność jego osobistego odwiedzenia.

Jak zatem widzicie, internet pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu, który następnie możemy poświęcić na picie wina, długie spotkania w gronie znajomych, odsypianie do południa nocnych balang, picie wina, chodzenie do teatru, długie romantyczne spacery, samodzielne przygotowywanie wykwintnych kolacji, picie wina, czytanie książek, pisanie książek, działalność charytatywną, spędzanie leniwych popołudni w ogrodowym hamaku, uprawianie sportu oraz konopi indyjskich, picie wina itd. Globalna sieć pomaga nam też oszczędzać pieniądze – zamiast wydawać setki złotych miesięcznie na paliwo tylko po to, żeby pojechać po film, nową płytę, na zakupy czy pocztę, wciskacie tylko enter na klawiaturze komputera i gotowe. W ten sposób w kieszeni zostaje wam parę groszy, które możecie przeznaczyć na bilety do kina, balangowanie do rana ze znajomymi, picie wina etc.

Przyznacie, że wszystko to brzmi doprawdy fantastycznie i wujek Google powinien otrzymać Nagrodę Nobla z fizyki za wydłużenie doby. Oraz pokojową, bo przecież dzięki niemu mamy więcej czasu na krzewienie pacyfistycznych wartości. A  także z matematyki, bo – jak już ustaliliśmy – pomaga nam w oszczędzaniu. Serio? To w takim razie dlaczego dzisiaj upływa piąty dzień urlopu, a ja nawet siedząc w toalecie, spieszę się tak, jakbym chciał zdążyć przed eksplozją bomby, którą ktoś umieścił w spłuczce? Dlaczego – choć mam urlop – nie znalazłem jeszcze chwili, żeby poleżeć leniwie w hamaku? Jak to możliwe, że nie obejrzałem żadnego filmu, który ściągnąłem? Żadnej książki jeszcze nie otworzyłem?

Prawda jest taka, że choć w ostatnich latach wizjonerzy i naukowcy dali nam do ręki mnóstwo narzędzi do oszczędzania czasu – od internetu począwszy, poprzez szybsze samochody, a  na tanich podróżach samolotami skończywszy – to nie potrafimy wykorzystać ich do odpoczynku. Zanika w nas pierwotny instynkt lenistwa i nicnierobienia. W moim przypadku jedyną chwilą w ciągu dnia, w której mogę zaznać odrobiny relaksu polegającej na siedzeniu i niezaprzątaniu sobie głowy tym, co powinienem zaraz zrobić, jest podróż samochodem do i z pracy. I założę się, że wielu z  was ma podobnie.

To właśnie z tego względu za każdym razem, gdy opisuję samochód, zwracam wam uwagę na to, jak jest wykończony w środku, z jakich materiałów go zrobiono, jak wyciszono, czy jest przytulny itp. Bo gdy macie na odpoczynek tylko kilkadziesiąt minut w ciągu dnia, to zapewne wolelibyście spędzać je w obitym skórą klubowym fotelu, a nie w zawilgoconej piwnicy. Jeżeli tak, to warto, byście zainteresowali się nowym Infiniti Q30. To konkurent m.in. Audi A3, Mercedesa klasy A i BMW serii 1. Być może niemieckie wozy mają bardziej niż on dopracowane zawieszenia, nieco bardziej precyzyjne układy kierownicze i nowocześniejsze silniki. Ale ich wnętrza na tle Q30 są przytulne i luksusowe jak lisia nora. Jeżeli chodzi o przyjemność przebywania w środku, to Infiniti ustanowiło w klasie kompaktów zupełnie nowy poziom. Tak pod względem samych materiałów (deska rozdzielcza ze skórzanym wykończeniem), jak i poziomu ich spasowania, a nawet wyglądu.

Gwarantuję wam, że gdy tylko do niego wsiądziecie, zaczniecie mlaskać i cmokać z wrażenia oraz komplementować każde przeszycie na tapicerce. Poza tym jest zaskakująco ciche nawet przy wysokich prędkościach, a w wersji ze 170-konnym dieslem, automatyczną skrzynią i napędem na cztery koła także wystarczająco dynamiczne. Do tego świetnie wygląda i kryje dość przestronne wnętrze. Pewnym minusem dla mnie osobiście jest to, że wiele z elementów wnętrza przeszczepiono żywcem z mercedesa, m.in. zegary, większość przycisków na desce rozdzielczej czy pojedynczą dźwignię, która steruje i wycieraczkami, i kierunkowskazami. Jednak dla tych, którzy do tej pory jeździli mercedesem, może to być tylko zaletą – bo nie zmieniając swoich przyzwyczajeń, mogą teraz przesiąść się ze swojej klasy A do infiniti Q30, które jest od niego znacznie lepsze.