Czy w kolejnym zamachu zorganizowanym przez oszalałego z nienawiści do „niewiernych” musi zginąć prezydent Stanów Zjednoczonych? Czy może premier Wielkiej Brytanii? Albo papież? Czy grupa mentalnie tkwiących w średniowieczu tak zwanych bojowników Daesh (o żadnym Państwie Islamskim nie ma mowy; państwo to organizacja legalna, a Daesh to terroryści zasługujący na sąd i więzienie już za samą przynależność do tej struktury) musi zaopatrzyć się w broń atomową, by syty zachodni świat zareagował na ten nowotwór tak, jak należy to zrobić od dawna, czyli ostrym skalpelem w celu usunięcia do cna? Czy w Europie lub w USA musi zginąć kilka milionów ludzi, byśmy użyli naszych czołgów, samolotów i okrętów i spalili napalmem psychopatów z Daesh? Ile jeszcze ofiar są w stanie zaakceptować światowi przywódcy, by wreszcie zaczęli odpowiednio, to jest bezkompromisowo, chronić swoich obywateli i wspierać demokrację, która dzisiaj w starciu z islamskim terroryzmem przestaje sobie radzić pozbawiona mocy i twardości politycznych liderów? Czy w ramach absurdalnego trwania w politycznej poprawności, która utrudnia nazywanie zła złem, nawet jeśli to zło potencjalne i niezrealizowane, jeszcze długo sami będziemy zakładać sobie na szyję sznur, stawać na krześle i czekać, aż jakiś islamski radykał kopnie je z wielką radością?

Bo właśnie tak zachowuje się dzisiaj zachodni świat: zamiata problem islamski pod dywan, zamyka oczy na obelgi, udaje, że z drzewa spadł liść, kiedy Europa dostaje raz za razem w twarz islamską rękawicą, która jest coraz twardsza i coraz silniej chłoszcze nam policzki. Jedyne, na co stać polityków, to głupawe i puste wpisy na Twitterze, składanie urzędowych kondolencji ambasadorom i zapalanie zniczów wśród złożonych wcześniej wieńców w miejscach, gdzie doszło do rzezi.

Wojna z Daesh, bo tym terminem należy się dzisiaj posługiwać, musi być jeszcze bardziej brutalna i beznamiętna niż słynna war on terror wyśmiewanego przez liberalne elity Zachodu prezydenta USA George’a W. Busha. To Bush, dla intelektualistów zwykły teksański redneck w kowbojskich butach i o manierach pastucha, jako pierwszy zachodni przywódca, którego naród został boleśnie zaatakowany 11 września 2001 r., rozdeptał islamski terroryzm, czyli zrobił to, co jak najbardziej powinno być zrobione. Oczywiście spotkał się potem z zarzutami stękających z oburzenia „autorytetów”, że war on terror stała się de facto pożywką dla radykałów, ponieważ choć zmiotła kilku przywódców, i państw, i organizacji terrorystycznych, na ich miejsce przyszło wielu nowych, jeszcze gorszych i jeszcze konsekwentniej kąsających świat zachodnich demokratycznych i wolnościowych wartości. Nawet jeśli tak się stało, stało się dlatego, że Bush wbrew sarkaniu elit był zbyt cywilizowany, by napalmem spalić połowę Bliskiego Wschodu, wypleniając do reszty gniazda mudżahedinów. Zawahał się, odpuścił, okazał miękkość. Dzisiaj konsekwencje tej słabości odczuwamy w Europie.

Jedynym sposobem jeśli nie zatrzymania wojny cywilizacji, w której zaczynamy przegrywać, to przynajmniej ograniczenia ataków jest zastosowanie dokładanie takich samych metod w walce z terrorem, jakie terror stosuje wobec wolnego świat. Dopóki nie pozbędziemy się hamulców, europejskie miasta będą spływać krwią. Daesh powinno poczuć strach. Przed USA, Francją, Wielką Brytanią, a nawet Polską. Strach przed natowskim karabinem przystawionym mu do czoła. Jeśli nie wywołamy tego strachu, mając przecież intelektualną przewagę nad tym średniowiecznym plemieniem, już jesteśmy trupami. Tyle że jeszcze żywymi.