4-letnie dziecko potrafi przestraszyć się pohukiwania sowy, lubi się przytulić i uwielbia zapach skóry mamy. Umie założyć buciki, zna bajkę o Czerwonym Kapturku, chrapie w nocy i potrafi policzyć do trzech. 72 lata temu, w mieście, w którym się urodziłem, dzieci ginęły w bombardowaniach, dusiły się w dymie, umierały z głodu, a w najgorszych wypadkach przed własną śmiercią widziały, jak ich mamusie były gwałcone i zabijane.

O tym, jak potworna potrafi być wojna, przekonują nas nie tylko opowiadania najbliższych, lecz także świadectwa, które pozostawiali pisarze tacy jak Borowski, Herling-Grudziński czy Aleksiejewa. Oni pokazali głęboko osobisty, ludzki wymiar wojny.

Dziś pamiętajmy, pisząc o powstaniu, tego wymiaru nie możemy stracić z oczu. Bezmiaru ludzkiej tragedii i cierpienia, które najboleśniej dotykały najbardziej bezbronnych.

Przede wszystkim pamiętajmy. Czy ludzie, dla których istniała „jedna szarża – od nieba wzwyż/ i jeden order – nad grobem krzyż”, zasługują na to, żeby ich pamięć była elementem politycznej walki? Czy naprawdę musimy się kłócić o pamięć nad powstańczymi grobami? Nad grobami kobiet, dzieci, nad pamięcią naszych bliskich. Czy będziemy dzielić ofiary na gorsze i lepsze? Czy w Polsce, wedle recepty Orwella, kluczem do przyszłości ma być przeszłość?

Kto dał politykom prawo sięgać do historii niczym do arsenału i wyciągać z niej fragmenty naszej wspólnej pamięci tylko po to, żeby uczynić je narzędziem politycznej walki? Dlaczego pamięć o żołnierzach wyklętych ma budować tożsamość prawicową, a demokratyczna opozycja z lat 70. i 80. ma być zawłaszczona przez dzisiejszą opozycję? Wiem, że moje oburzenie na takie praktyki jest naiwne – niestety polscy politycy nie robią niczego wyjątkowego – bo tak jak oni postępuje wielu liderów na całym świecie.

Obserwujemy zjawisko, które Svetlana Boym, rosyjska socjolożka, od lat pracująca w USA, określiła mianem „restorative nostalgia”. Według niej XXI w. „charakteryzuje proliferacja nostalgii. Widzimy więc nostalgicznych nacjonalistów i nostalgicznych kosmopolitów, nostalgicznych miłośników natury i nostalgicznych wyznawców cywilizacji technicznej, wszyscy oni toczą ostre spory w cyberprzestrzeni”. Przywołujący słowa Boym Peter Pomerantsev, brytyjski pisarz i dokumentalista, pokazuje, jak manipulowanie pamięcią, manipulowanie tęsknotami i mitami, do których się odwołujemy, pozwala politykom na całym świecie budować poczucie tożsamości. Putin ze swoim odwołaniem do wielkości Rosji, nawiązaniami do Piotra Wielkiego, do chwały Związku Radzieckiego jest bliski Trumpowi z jego hasłem, że Amerykę należy znów uczynić wielką, a fanatycy z ISIS odwołują się do mitycznego, nigdy nieistniejącego kalifatu. Boym podsumowuje, że w ekstremalnych przypadkach ta nostalgia tworzy wymyśloną, mityczną ojczyznę, dla której warto umierać i zabijać. Być może od budowania tożsamości politycznej w oparciu o historyczne doświadczenie nie da się uciec. O tym, że ludzka tragedia doskonale się nadaje na tożsamościowy budulec, przekonaliśmy się przy okazji katastrofy 10 kwietnia 2010 r., która zamiast połączyć nas w żałobie, podzieliła nas w pamięci.

Czy nie moglibyśmy jednak potraktować II wojny światowej i Powstania Warszawskiego jako sacrum, którego nie wykorzystujemy do politycznych sporów? Kaźń lat 1939–1945 jest czymś tak wyjątkowym i nieludzkim, że na to zasługuje. II wojna światowa była klęską człowieka jako takiego, lecz była też wyjątkową katastrofą dla nas, dla naszego państwa, dla narodu. Tak jak symbolem Shoah stały się gazowe komory Auschwitz, tak symbolem męczeństwa i cierpienia Polaków stało się Powstanie Warszawskie. Miasto i miejsce, gdzie setki tysięcy ludzkich losów zostały brutalnie przerwane w sposób, który podważa wiarę w człowieczeństwo.

Różnimy się wrażliwością, niektórzy z nas swój patriotyzm noszą na koszulkach, jedni na ramionach mają tatuaże, inni wciągają na nie biało-czerwone opaski. Niektórzy z nas kochają orła z czekolady, inni uznają, że może on być tylko dumnym znakiem na piersi. Są tacy, którzy o chłopcach z „Parasola” chcą śpiewać z babcią, inni wolą punkrockowe „oi” przy nazwie Batalionu „Zośka”. Są tacy, których irytują plastikowe powstańcze zabawki, a są tacy, których wścieka powstańczy bieg. Nie ma szans na to, żebyśmy pogodzili tyle różnych wrażliwości. Jesteśmy różni, inni, na dodatek coraz bardziej skłóceni. Ale może na ten jeden moment odpuśćmy sobie. Darujmy. Zaakceptujmy to, że inni pamiętają inaczej. Nawet jeżeli nam się nie podoba ich sposób pamięci, to ugryźmy się w język. Nie komentujmy, nie atakujmy się. Zajrzyjmy głębiej pod warstwy politycznych poglądów, tożsamości, kolorowych flag i koszulek patriotycznych, bo to, jak pisał poeta, „gorsety uszyte zbyt przyciasne/ i pod nimi jest Polska właśnie”.

Polska historia jest pasjonująca, pełna momentów chwały, goryczy porażki i chwil hańby. Możemy sięgać do naszej przeszłości, szukając inspiracji do zmian, próbując zrozumieć współczesność. Żaden z narodów Europy Środkowej nie stworzył tak wielkiego państwa, z tak wyjątkowym i ciekawym ustrojem. Żaden też nie stoczył się tak nisko jak my – gdy na własne życzenie na ponad 100 lat straciliśmy niepodległość.

Dziś, rozmawiając o polskiej polityce, potrafimy dostrzec związki między XVII- i XVIII-wiecznym klientelizmem a dzisiejszą polską partyjną. Wychwalając sukces gospodarczy XVI-wiecznej Rzeczypospolitej, umiemy budować analogie do współczesnego modelu eksportowej monokultury. Potrafimy karkołomnie stawiać Jana III Sobieskiego na czele krucjaty przeciw multikulturalnemu społeczeństwu. Kiedy mówimy o koncepcji Międzymorza, możemy pełnymi garściami czerpać z tradycji Jagiellonów.

To wyjątkowe bogactwo, które pozwala nam budować tożsamość na wiele sposobów. Uczmy się naszej historii. Dyskutujmy o niej. Kłóćmy się. Toczmy bitwy. Ale nie róbmy tego na grobach powstańców. Nie róbmy tego w cieniu II wojny światowej. W żadnym momencie naszej historii nie byliśmy tak blisko zagłady, jak wtedy, kiedy nasze niebo zasnuwał dym płonącej Warszawy. Kiedy z pełną siłą pracowały komory Auschwitz, zabijając naszych żydowskich braci i współobywateli. To wyjątkowy moment nawet tak bogatej historii jak nasza, i tak ten moment potraktujmy. Oddajmy hołd tej pamięci. I nie gubmy z oczu osobistego wymiaru tragedii. Nie dajmy wygrać potworowi z Kremla, który mawiał, że śmierć milionów to statystyka. Dziś wspominamy nie statystyki, lecz setki tysięcy dzieci, wnuków, wujków, matek, ojców, braci i dziadków.

Właśnie z powodu oderwania od ludzkiego, osobistego wymiaru nie jestem w stanie traktować historii alternatywnej inaczej niż jako zabawy oderwanej od rzeczywistości. Rozważania o tym, że wybuch powstania był błędem, analizy poświęcone temu, ile mogliśmy osiągnąć, zawierając sojusz z Hitlerem, to ciekawe ćwiczenie intelektualne, podstawa do badań politologicznych. Ale nie traktujmy takich analiz jak czegoś więcej niż gry.

Proszę wyobrazić sobie moment, w którym podejmowana była decyzja o wybuchu powstania. Bez internetu, bez telewizji, bez gazet, bez wiarygodnych informacji. Bez pewności co do intencji sojuszników i wrogów. Dziś w jednej sekundzie dowiadujemy się, co się wydarzyło na drugim końcu globu. 72 lata temu trudno było mieć pewność co do informacji z sąsiedniej dzielnicy. Nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć wszystkich emocji towarzyszących tym, którzy podejmowali decyzje. Czy politycy kierują otaczającą ich rzeczywistością, a na ile sami ulegają dyktatowi wydarzeń? Czy Warszawa po 5 latach potwornej okupacji nie wybuchłaby sama? Badajmy, sprawdzajmy – ale nie bawmy się w sędziów – po fakcie.

Przede wszystkim pamiętajmy. Szanujmy tych, którzy oddali za nas życie. Jeszcze dwa razy zacytuję Krzysztofa Kamila Baczyńskiego: „Raz – dwa – trzy – cztery/ woda czy góra, leź do cholery,/ z naszych to ramion czy tak, czy siak,/ wytryśnie Polska wolna jak ptak”. Mamy ją dzięki Wam – którzy przewidzieliście nawet własną śmierć: „Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką./ Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?”. Nie dana mi była łaska wiary. Ale za Waszą pamięć 1 sierpnia będę się modlił z całych sił.