Aż 130 mld zł – taką gigantyczną kwotę mieliśmy wydać na uzbrojenie w latach 2013–2022. Mówili o tym premier Donald Tusk, minister obrony Tomasz Siemoniak i wiceminister obrony odpowiedzialny za zakupy Czesław Mroczek. Większa część tych pieniędzy miała być rozdysponowana w 14 głównych programach modernizacyjnych obejmujących m.in. zakupy śmigłowców, okrętów podwodnych, transporterów Rosomak czy tarczę przeciwrakietową. Co ciekawe, program stworzony w 2013 r. zakładał, że zdecydowana większość tej kwoty będzie spożytkowana w latach 2019–2022. Tak więc nawet gdyby PO wygrała ubiegłoroczne wybory parlamentarne, to większość tych wydatków przypadałaby na... kolejną kadencję.

Zupełnie innym pytaniem było, skąd mielibyśmy taką kwotę wziąć. Tak sprawę opisywaliśmy już w 2014 r .

W tym roku budżet MON wynosi 32 mld zł. Załóżmy – optymistycznie – że w następnych latach wzrost PKB sięgnie średnio 4 proc. rocznie i że będziemy co roku wydawać 2 proc. PKB na zbrojenia. Załóżmy realistycznie, że na wydatki majątkowe, w skład których wchodzi modernizacja armii, będziemy przeznaczać ok. 25 proc. budżetu MON – w 2014 r . będzie to ok. 8 mld zł. Zgodnie z tym rachunkiem w 2022 r . będzie to ok. 11 mld zł przeznaczonych na modernizację. Załóżmy, że w latach 2014–202 2 co roku będziemy wydawać średnio 10 mld zł rocznie na modernizację polskiej amii. Przez 9 lat wyjdzie nam 90 mld zł.

Dopytywany przez nas minister Mroczek na pytanie, skąd te pieniądze, odpowiadał, że to na podstawie wyliczeń budżetowych z Ministerstwa Finansów, i temat ucinał. Choć klasycy mawiają, że każda wojna zaczyna się na poziomie języka, nie zmienia to faktu, że nawet jeśli trabanta nazwiemy mercedesem, to nagle nie zacznie on jeździć z prędkością 200 km na godzinę. Inaczej mówiąc, plan modernizacji technicznej przyjęty uchwałą rządu PO–PSL był mrzonką. Najłagodniej to ujmując.

Optymista mógłby stwierdzić, że z objęciem urzędów przez nowy rząd PiS nareszcie przyszło otrzeźwienie. Następca ministra Mroczka, Bartosz Kownacki, powtarza słowa o urealnianiu planu modernizacji technicznej i jeśli chodzi o wydatki, to chce się skupiać na perspektywie do 2019 r. Chwała mu za to, bo to brzmi rozsądnie. W obozie rządzącym jest to jednak głos odosobniony. Po prostu jeśli chodzi o finansowanie naszych wydatków zbrojeniowych, politycy PiS wybrali inny sposób mydlenia oczu opinii publicznej niż politycy PO.

Jeśli cofniemy się nieco w czasie, do lipca ubiegłego roku, to w materiałach z Konferencji Programowej „Myśląc Polska” zorganizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość znajdziemy taki cytat: „Przy poważnych wyzwaniach modernizacyjnych kwota 2 proc. PKB na obronność jest niewystarczająca. W najbliższych latach powinna wzrosnąć do min. 2,5 proc. PKB”. Ba, jeszcze w kampanii wyborczej obecna premier Beata Szydło wspominała o wydawaniu 3 proc. PKB na obronność. Tymczasem budżet wojskowy na 2016 r. zakładał wydatki na poziomie 2 proc. PKB i rząd Prawa i Sprawiedliwości ich w żaden znaczący sposób nie zwiększył. Mało realne wydaje się zwiększenie tej kwoty w 2017 r. Mimo to dwa tygodnie temu minister obrony Antoni Macierewicz, będąc z wizytą w Stanach Zjednoczonych, w publicznym przemówieniu w think tanku Atlantic Council stwierdził, że „obok Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Grecji i Estonii jesteśmy jednym z pięciu państw członkowskich NATO, które wypełniają zobowiązania związane z poziomem wydatków na obronę. Obecnie przeznaczamy na obronę 2 proc. PKB, ale planujemy podnieść te wydatki do 3 proc. Sprawi to, że będziemy drudzy w kolejności po naszych amerykańskich przyjaciołach”.

W pewnym sensie można przyklasnąć zręczności retorycznej ministra i krzyknąć: „Wow – Polacy już prawie jak Amerykanie”. Jeśli do tego spojrzymy na piękne obrazki żołnierzy Wojska Polskiego z żołnierzami sojuszników, to serce rośnie. Problem w tym, że dokładnie tydzień później Ministerstwo Rozwoju przedstawiło dokument o nazwie „Strategia na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. I na stronie 209 arkusza liczącego stron 224 znajdziemy informacje, że procent PKB przeznaczany na wydatki obronne ma w 202 0 r . wynosić 2,2 proc. PKB. Wartość docelowa (rok 2030) to 2,5 proc. Co ciekawe, w tej samej tabelce jako źródło danych podane jest „Min. Obrony Narodowej”. Nieco upraszczając: w jeden piątek polski minister obrony za Atlantykiem mówi, że będziemy wydawać na obronność 3 proc. PKB. W kolejny piątek w oficjalnym dokumencie polski minister rozwoju nad Wisłą (dla wątpiących: tego samego rządu), bazując na danych z MON, ogłasza, że w realnej przyszłości będzie to 2,2 proc. PKB. A w przyszłości w kategoriach planów budżetowych tak odległej jak Ziemia od Księżyca będzie to 2,5 proc. Czyli pół procentu mniej niż w deklaracjach tydzień wcześniej. Pół procentu, czyli ok. 9 mld zł.

Różnica między 2,2 proc. PKB a 3 proc. PKB to wartość, która mniej więcej pozwala na sfinansowanie choćby zakupu śmigłowców wielozadaniowych. Sprawa ciągnących się niczym brazylijska telenowela negocjacji offsetowych Ministerstwa Rozwoju z koncernem Airbus znów ożyła w ubiegłym tygodniu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to po raz kolejny strzelanie z kapiszonów inspirowane przez MON. Ogłoszonych decyzji w tej materii (kupić caracale czy nie) jak nie było, tak nie ma. Podobnie jak nie ma decyzji w sprawie tarczy przeciwrakietowej czy „redefinicji” programu modernizacji technicznej. Mamy za to decyzje dotyczące Smoleńska, Powstania Warszawskiego czy Żołnierzy Wyklętych.

Wydaje się, że czas najwyższy, by minister Macierewicz i jego ekipa zaczęli mniej zajmować się przeszłością i finansowym mydleniem oczu, a zdecydowanie bardziej skupili na decyzjach, które dotyczą przyszłości Wojska Polskiego.