Tomasz Żółciak: W stołecznym ratuszu aż huczy od plotek, że na jesieni PiS - w ten czy inny sposób - przejmie władzę w Warszawie, nie czekając na wybory, które dopiero za ponad dwa lata. Wierzy pan w ten scenariusz?

Rafał Chwedoruk: Nie spodziewałbym się zbyt daleko idących kroków ze trony PiS. Pamiętajmy, że czymś, co bardzo pomogło PiS-owi w drodze do władzy, było wzmocnienie wolnościowo-demokratycznego oblicza partii. PiS-u, który wstawiał się za różnymi dyskredytowanymi przez władzę grupami społecznymi. Pójście np. drogą komisarza, który miałby rządzić w Warszawie przez jakiś czas, byłoby zaprzeczeniem tego podejścia i uwiarygodniłoby narrację prowadzoną przez Platformę Obywatelską i resztę opozycji. Warto pamiętać, że mimo olbrzymich zmian w sympatiach politycznych społeczeństwa, następują one asymetrycznie w niektórych częściach kraju. Warszawa nie stanie się bastionem PiS, dlatego próba „skoku na Warszawę” mogłaby tylko zmobilizować liberalnych wyborców stolicy, którzy wciąż chyba są w większości. PiS już zresztą przeszedł pouczającą lekcję nieudanego zaangażowania się w referendum odwoławcze z 2013 r., które miało na celu pozbawienie Hanny Gronkiewicz-Waltz stanowiska prezydenta miasta.

Czy w związku z większym poparciem sondażowym niż jeszcze kilka lat temu PiS ma szansę zdobyć poparcie warszawiaków bez uciekania się w jakieś radykalne rozwiązania wobec obecnych władz miasta?

Oczywiście szanse ma większe niż kiedyś. Wynika to z kryzysu liberalnej opozycji czy sukcesu programu 500 Plus. Ale nie oznacza to od razu, że PiS byłby faworytem w Warszawie. W sytuacji, w której PiS ma wysokie, stabilne notowania, podejmowanie ryzyka pt. skok na stolicę byłoby niebezpieczne, złamałoby pewien mit. Spodziewam się bardziej zniuansowanych działań, przygotowywania gruntu pod właściwą kampanię wyborczą np. poprzez eksponowanie przez długi czas różnych afer i skandali w obozie oponentów.

Widać to w sprawie tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej, która ma być wstępem do eliminacji patologii związanych ze zwrotem działek objętych dekretem Bieruta. Trybunał Konstytucyjny dał jej niedawno zielone światło, Warszawa czeka na podpis prezydenta, ale nie wiadomo, czy to zrobi. Ma do wyboru: albo odmówić podpisu i narazić się na delikt konstytucyjny, albo podpis złożyć i tym samym pozbawić swoje środowisko potężnego oręża politycznego w postaci możliwości dalszego grillowania władz miasta w sprawie reprywatyzacji.

Ten temat jest dla PiS-u podwójnie ważny. Po pierwsze, cały proces reprywatyzacji od lat kompromituje państwo polskie, a w istotnym stopniu lokalny samorząd i sądownictwo. Po drugie chodzi o strukturę wyborców. Często ofiarami reprywatyzacji mogą być potencjalni zwolennicy partii Jarosława Kaczyńskiego, z reguły mieszkający w starszych częściach miasta. Dlatego dla PiS-u ważne jest, by ten temat nieustannie był obecny. Stąd też głos tej partii brzmi w tej sprawie podobnie jak środowisk lewicowych, które od lat piętnują reprywatyzacyjne patologie. Ta sytuacja również pokazuje, że mamy do czynienia raczej z szykowaniem gruntu pod kolejne wybory samorządowe.

Czyli PiS realnie liczy się z możliwością, że wygra wybory w Warszawie i nie trzeba będzie przedterminowo odwoływać obecnych władz?

PiS tak po prostu nie jest w stanie wygrać w Warszawie wyborów z obozem liberalnym. PiS mógłby w Warszawie zwyciężyć lub stać się niezbędnym koalicjantem w radzie miasta, gdyby obóz liberalny się podzielił. Im trudniejsza sytuacja Platformy, tym większa perspektywa takich podziałów. PO nie może sobie pozwolić na niewystawienie kandydata na następcę Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ale na razie nie wiemy, kto nim będzie. Dla Nowoczesnej to jest być może największa szansa na zaistnienie, bo ogółem biorąc wybory samorządowe mogą pogrążyć ruch Ryszarda Petru, który nie może liczyć na wielkie poparcie poza dużymi miastami. Dlatego np. sukces w Warszawie kandydata popieranego przez Nowoczesną mógłby mieć olbrzymie znaczenie dla tej partii. Mamy jeszcze środowiska dawnej Unii Demokratycznej bliskie KOD-owi, które liczą na casus Poznania, gdzie ostatnie wybory przegrał wieloletni prezydent Ryszard Grobelny. Być może swoje 4-5 proc. mogłoby w Warszawie wyrwać jeszcze rachityczne SLD. Tylko w takiej sytuacji PiS mógłby liczyć na realny sukces, zwłaszcza wystawiając młodego kandydata, którego trudno byłoby stygmatyzować w taki sposób, jak liderów PiS ze starszych pokoleń.

Kto zyskuje, a kto traci na sprawie pomników smoleńskich w Warszawie? Ratusz powołuje się na przepisy i procedury, które obowiązują każdego. Za to Jarosław Kaczyński odwołuje się do ducha i woli narodu, który jest ponad przepisami.

Cała sytuacja w gruncie rzeczy jest związana z koniecznością mobilizacji od czasu do czasu swoich najwierniejszych wyborców. Z całym szacunkiem dla tej problematyki, nie ulega wątpliwości, że cała sytuacja najbardziej angażuje osoby śledzące bieżącą politykę i silnie emocjonalnie zaangażowanych w ten spór. Z perspektywy PiS kwestia ulokowania pomnika przed Pałacem Prezydenckim ma zachęcić do siebie tradycyjnych wyborców. Ale już np. ewentualne wystawienie na kandydata na prezydenta stolicy młodego posła Jarosława Krajewskiego ma przekonać do PiS tych, którym warunkowo mogą zagłosować na tę partię. Jeśli chodzi o liberalnych wyborców, to w tym momencie spór pomnikowy jest na rękę Platformie Obywatelskiej, która może w ten sposób ogniskować niechętne PiS-owi emocje wokół siebie.

Czyli konsolidacja twardego elektoratu. Ale czy ktoś może ten spór bezsprzecznie wygrać?

Gdyby obie strony doprowadziły do dalszej eskalacji konfliktu czy trwałego umieszczenia tego sporu w epicentrum stołecznej polityki, skorzystać mógłby na tym ktoś trzeci, kto powie, że ten spór jest niepotrzebny. Wiedzą o tym działacze Nowoczesnej, którzy mają świadomość, że trudno im będzie w tej kwestii przelicytować Platformę Obywatelską, rządzącą w Warszawie. Głos umiarkowania stanowiłby też dobrą przestrzeń dla ruchu Kukiza, o ile znalazłby kogoś w Warszawie, kto byłby poważnym, lokalnym liderem. Dlatego myślę, że PiS nie odważy się pójść na totalną konfrontację w sprawie pomnika, lecz raczej będzie dawkował emocje. Myślę, że o wyniku wyborów w stolicy ostatecznie zadecyduje nie sprawa pomnika, lecz sprawy „banalno-miejskie”, gdzie ważniejsza jest głębokość kieszeni i sprawność zarządzania niż pamięć historyczna. Tak jak zwycięstwo PiS-u w skali kraju dokonało się na niwie społeczno-gospodarczej.

Całkowita racja jest po naszej stronie. Jeśli będzie trzeba tę rację umocnić poprzez akty normatywne i ustawy, to z całą pewnością to uczynimy. Jak pan odbiera słowa Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedziane w trakcie ostatniej miesięcznicy smoleńskiej?

Odbieram je w kategoriach mobilizacji własnego obozu politycznego. Wiadomo, że walka o zwycięstwo PiS w wielkich miastach będzie dla tej partii trudna, a emocje odegrają istotną rolę. Niczego więcej bym się w tych słowach nie dopatrywał. Polska polityka pełna jest patetycznych inwokacji i daleko idących zapowiedzi, a potem w praktyce różnie bywa z ich realizacją. Być może wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego ma wymiar pozawarszawski. PiS w klasycznym dla polityki podziale centrum - peryferie pozostaje bliższy mniej zamożnej prowincji. Stąd konflikt na linii państwo - stolica mógłby być wizerunkowo korzystny dla mieszkańców peryferii. Być może właśnie w takim kontekście powinniśmy to interpretować.