Cel ze wszech miar szczytny i trudno się z nim nie zgodzić – uszczelnienie rynku paliw i ograniczenie szarej strefy. Nie ma się co dziwić takim działaniom, bo rządząca ekipa, która realizuje swoje przedwyborcze zapowiedzi, potrzebuje na nie niemałych środków. Dziwić może raczej to, że takie ruchy podejmuje się dopiero teraz, w końcu pieniądze w budżecie zawsze się przydadzą.

Nic to, lepiej późno niż wcale.

Ale okazuje się, że ofiarami zmian mogą się stać Bogu ducha winni przedsiębiorcy, sprowadzający surowce wykorzystywane do produkcji rozpuszczalników, farb czy lakierów. Jeśli minister energii nie wyłączy spod działania nowych przepisów tych substancji, będzie trzeba od nich płacić akcyzę (dziś 0 proc.), a w dodatku wystąpić o koncesję na obrót nimi. To oczywiście wiąże się z kosztami, i to sporymi. Jak alarmuje branża, prowadzenie interesu może stać się nieopłacalne, a setki pracowników stracą pracę. Co więcej, na końcu tego łańcuszka jest klient, który będzie musiał zapłacić więcej za puszkę farby w sklepie.

Być może obawy są przesadzone, a mocne wypowiedzi to forma nacisku na rządzących. Zaskakujące jest jednak to, że takie głosy pojawiają się już po wprowadzeniu zmian, a nie na etapie ich konsultowania. No, chyba że tego etapu nie było. Bo, jak sprawdziliśmy, zastosowano tu krótszą ścieżkę legislacyjną, czyli projekt zmian zgłoszono jako projekt poselski. To rak, który toczy wszystkie rządzące ekipy, niezależnie od partyjnego szyldu.

Od chwili wpłynięcia projektu do Sejmu do podpisu prezydenta minęło ledwie 36 dni. Szybko? Bardzo szybko. Tylko teraz też szybko trzeba się zastanowić, czy ewentualne zyski związane z ograniczeniem szarej strefy w handlu paliwami nie będą przypadkiem większe niż ubytki wynikające z potencjalnych strat branży, redukcji zatrudnienia i w sumie mniejszych wpływów Skarbu Państwa.