Friedman prognozuje, że wybory prezydenckie w USA wygra Hillary Clinton, choć przyznaje, że jest ona niezwykle słabym kandydatem. - Ale jeśli nie popełni do 8 listopada jakiegoś fundamentalnego błędu, nie wyjdą jakieś zasadnicze rewelacje w sprawie finansowania jej fundacji czy prywatnych e-maili, zdobędzie Biały Dom - przekonuje w rozmowie z "Rzeczpospolitą".

Na stwierdzenie, że taki obrót sprawy z pewnością przyniesie ulgę na świecie, Friedman odpowiada: Ameryka to nie Polska, prezydent nie może zmienić państwa, społeczeństwa. Amerykanie doskonale to wiedzą i dlatego znacznie spokojniej przyglądają się kampanii prezydenckiej niż Europejczycy. I wymienia to, na co wybór prezydenta nie będzie miał wpływu: umowa handlowa z Unią Europejską - niesławne TTIP, które jego zdaniem nie zostanie podpisane, bo jest martwe; NAFTA, która i tak będzie renegocjowana; Partnerstwo Transpacyficzne, które przepadnie, bo "nikt nie wie, co się w tym porozumieniu tak naprawdę znajduje".

Nieco mniej uspokajająco brzmią jednak zapowiedzi Friedmana w kontekście polityki zagranicznej. Jego zdaniem "deal z Putinem", o którym mówił Trump, miałby polegać na zamrożeniu czy nawet usankcjonowaniu konfliktu na Ukrainie - co byłoby w interesie Rosji, która nie ma sił i środków na pełne przejęcie kontroli nad Kijowem, i USA, którym nie zależy na włączaniu Ukrainy w struktury NATO. Za Trumpa zmieniłoby się również podejście Ameryki do Unii Europejskiej, o której Friedman mówi,  że "woli zajmować się gospodarką, przyjemnościami życia".

- Nie jest przecież normalne, że Unia, która ma porównywalny do Stanów Zjednoczonych dochód, nie zbudowała poważnych sił zbrojnych. W Ameryce narastają więc wątpliwości, czy rzeczywiście powinniśmy bronić kontynentu, który nie tylko nie chce się bronić sam, ale który uważa też, że nie ma wroga - stwierdza szef Stratfora.

Odnosząc się już szczególnie do sytuacji Polski, Friedman zwraca uwagę, że po przejściu USA w tryb zaangażowania w stosunki dwustronne, a nie w kontakt z Unią jako całością, Polska nie miałaby powodów do obaw. Obecność amerykańskich wojsk nad Wisłą - podobnie jak w Rumunii - jest bowiem tanim sposobem na "szachowanie Rosji w tej części Europy".