Ewa Szadkowska: Klienci z pierwszych stron gazet, opinia jednego z najskuteczniejszych adwokatów zajmujących się sprawami gospodarczymi, potem zatrzymanie przez ABW, areszt, lata walki o dobre imię, trzy prawomocne wyroki uniewinniające, wreszcie niemal milionowe odszkodowanie od Skarbu Państwa za doznane krzywdy. Pana historia to gotowy scenariusz na thriller sądowy. Pisze pan wspomnienia?

Roman Mirek: Podczas niewoli, bo na własny „kombatancki” użytek tak określam te 9 miesięcy i 14 dni spędzone w areszcie śledczym, prowadziłem dziennik. Zapisałem cztery 200-stronicowe zeszyty formatu A4. Wciąż mam te materiały, ale nie lubię do nich zaglądać.

Przypomnijmy – wszystko zaczęło się 19 maja 2006 r., kiedy to grupa funkcjonariuszy ABW zadzwoniła o świcie do pana domu.

Myślę, że wszystko zaczęło się wcześniej, w 2003 r. W stosunkowo krótkim okresie udało mi się wywrócić do góry nogami trzy głośne, dziś byśmy powiedzieli: medialne, sprawy prowadzone przez śląską prokuraturę. Dotyczyły Colloseum i Józefa Jędrucha, Hydrobudowy Śląsk oraz biznesmena Krzysztofa Porowskiego, choć w tym ostatnim przypadku chodziło o odpryskowy wątek. Wówczas myślałem, że mam zawodowe szczęście: jako adwokat swoimi tylko i wyłącznie prawnymi działaniami doprowadzam do uchylenia aresztów zastosowanych wobec moich klientów. Moja żona, osoba o niezwykłej intuicji życiowej, w takich przypadkach mówiła, że jednocześnie z pewnością nadepnąłem różnym ludziom na odcisk. Nie pomyliła się.

Nie miał pan sygnałów, że atmosfera wokół pana się zagęszcza?

W przypadku Hydrobudowy miałem świadomość, że to będzie bardzo trudna sprawa. Chodziło o wielką, wysoce specjalistyczną, w 100 proc. sprywatyzowaną firmę zajmującą się budową oczyszczalni, rurociągów, zapór, innymi słowy łakomy kąsek u progu wejścia Polski do Unii Europejskiej. O wsparcie zwrócił się do mnie prezes, zaznaczając, że już trzykrotnie próbowano na nim wymusić sprzedaż pakietu kontrolnego i że wcześniej kilku innych prawników po zapoznaniu się z dokumentacją wycofało się. Bo się wyraźnie bali. Wtedy jednak nie wiedziałem, że wchodzę między mocne siły.

To znaczy?

W przypadku Hydrobudowy mieliśmy do czynienia z próbą przestępczego przejęcia dużej spółki giełdowej przez układ: podziemie gospodarcze i nieznane mi do dzisiaj osoby z prokuratury i ze służb. Jest też teza, że była to wypadkowa walki między służbami wojskowymi i cywilnymi.

Brzmi jak spiskowa teoria dziejów.

Być może dla kogoś, kto nie zetknął się z próbami wykorzystywania wymiaru sprawiedliwości do załatwienia prywatnych interesów czy porachunków, zwłaszcza przy sprzyjających okolicznościach zewnętrznych, takich jak zapotrzebowanie na sukcesy w walce z korupcją. Podam pani przykład: jeden z moich klientów przesiedział 10 miesięcy w areszcie tylko dlatego, że to właśnie ja byłem jego obrońcą.

Skąd ta pewność?

Już tłumaczę. W 2005 r. przyszedł do mojej kancelarii młody mężczyzna, prosząc o poradę: jest słupem paliwowym, ukrywa się, szukają go, a on ma schizofrenię i wznowę nowotworu, pyta więc, czy jest szansa, że będzie odpowiadał z wolnej stopy. Ja go namówiłem, by przestał się ukrywać i sam się zgłosił. Byłem przekonany, że w tej sytuacji zgoda na leczenie na wolności będzie formalnością, zwłaszcza że kontynuowanie terapii w warunkach więziennych wydawało się niemożliwe. Mężczyzna, na wniosek prokuratora, został jednak aresztowany, a w konsekwencji pozbawiony odpowiedniej opieki medycznej. Ta sprawa śniła mi się po nocach. Nie mogłem zrozumieć, co się stało, dlaczego moje kolejne zażalenia i rzeczowe argumenty trafiają w próżnię. Po kilku miesiącach ów człowiek wypowiedział mi pełnomocnictwo. A zaraz potem wyszedł na wolność, przyjechał do mnie i przeprosił. Wyjaśnił, że prokurator powiedział mu, że posiedzi tak długo, aż ja przestanę być jego obrońcą.

A co ów prokurator miał do pana?

Doprowadziłem w 2001 r. do uchylenia aresztu człowiekowi, któremu on postawił zarzuty. W trzyosobowym składzie uchylającym areszt zasiadał sędzia, z którym 20 lat wcześniej pracowałem w jednym sądzie jako referendarz. Dla tego prokuratora to był dowód na korupcyjne powiązanie. Dodam, że do dziś w tamtej sprawie nie wydano wyroku w I instancji.

To właśnie podejrzenie o korupcję i pana w końcu zaprowadziło do aresztu. Śledczy dali wiarę zapewnieniom przestępcy, który twierdził, że za 2 mln zł obiecał pan dzięki znajomościom w prokuraturze i sądzie wyciągnąć zza krat jednego ze słynnych baronów paliwowych, Henryka Musialskiego.

Ów człowiek po trzech miesiącach odwołał zeznania, twierdząc, że go źle zrozumiano. Ja nawet nigdy nie byłem pełnomocnikiem pana Musialskiego. W tej sprawie od początku nic się nie kleiło. Ale machina już ruszyła.

A w konsekwencji do pana zapukało o 6 rano ABW. Siedmioosobowej grupie przewodniczył ten sam funkcjonariusz, który szefował przeprowadzonej niedługo później tragicznej w skutkach akcji w domu Barbary Blidy.

Wie pani, że ja też wtedy miałem w kieszeni szlafroka rewolwer? Mam pozwolenie na broń, zawsze gdy ja i żona zostajemy sami w dużym domu, nocą trzymam przy łóżku niewielki model Smith & Wessona, takie skrzywienie zawodowe: mam świadomość, że może się stać coś złego. Dlatego idąc otworzyć drzwi, zabrałem rewolwer ze sobą. Funkcjonariusz zrobił głupią minę, gdy mu go potem oddałem. Nie wiedział ani o nim, ani o szafie pancernej z bronią w piwnicy.

Telewizja przyjechała razem z ABW? W tamtych czasach to się często zdarzało.

Dziennikarzy nie było, wyręczył ich jeden z funkcjonariuszy, który miał kamerę. Nagranie zostało wykorzystane w wieczornych wiadomościach, ale oczywiście bez informacji, że to materiał operacyjny. Sugestia, że na miejscu zdarzenia pojawiła się telewizja, zawsze jest skuteczna, bo widzowie sobie myślą: to musi być naprawdę grubsza sprawa.

Co czuje adwokat, gdy wpada mu do domu grupa agentów i macha przed nosem postanowieniem o zatrzymaniu i doprowadzeniu?

Byłem pewien, że to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Choć rozpoznałem trzech funkcjonariuszy jako tych, którzy kiedyś próbowali wymusić na mojej klientce obciążenie Krzysztofa Porowskiego. Przekonywałem żonę, że wszystko się wyjaśni i niedługo wrócę. Do tego stopnia nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji, że zabrałem akta potrzebne do napisania dla klienta apelacji, której termin wywiedzenia niedługo mijał. Pracowałem nad nią w areszcie przez pierwszy tydzień, bo chodziło o dużą sprawę gospodarczą. To był wtedy mój priorytet. Nie sądziłem, że człowiek w takiej sytuacji może jeszcze myśleć o czymś innym.

Jak się odnosili do pana współwięźniowie?

Można powiedzieć, że miałem poważanie, bo byłem jednym z niewielu, jeśli nie jedynym, do którego zwracali się per pan, a nie ty albo jakimś bluzgiem. To wszystko mam w pamiętnikach – panujące relacje, opis malutkiej celi z kącikiem WC, z którego korzystanie urąga godności każdego człowieka, bardzo gorące lato, Wigilia, wiersz, który napisałem, czas, który płynie inaczej, bo każda godzina wydaje się całym dniem...

W areszcie przeszedł pan załamanie.

Rozumiem, że zmierza pani do niedoszłej próby samobójczej. Tak, we wrześniu, po czterech miesiącach niewoli, w poczuciu bezsilności postanowiłem odebrać sobie życie. Nie lubię partactwa, więc zacząłem gromadzić dodatek kulturalny jednej z gazet: gruby, wsiąkliwy, o porządnej gramaturze. Miałem lichy materac i chciałem go uszczelnić, by nie zaczęło kapać krwią na współwięźnia z pryczy na dole. Podniósłby szybko larum i wyszłoby na to, że udaję. W ramach przygotowań oddałem też żonie obrączkę. Od razu zrozumiała, o co chodzi. Przytuliła mnie i powiedziała „Nie rób tego. Wytrzymaj. Ja chcę się z tobą zestarzeć”. To mną wstrząsnęło. Wtedy odzyskałem siłę do dalszej walki.

Walka o wyjście na wolność trwała w sumie ponad 9 miesięcy. Stracił pan zaufanie do systemu?

A co pani rozumie przez system?

Państwo prawa i jego wymiar sprawiedliwości.

Największy żal w związku z tym, co mnie spotkało, mam wcale nie do prokuratury, bo nigdy nie wierzyłem w jej niezależność i apolityczność. Żal mam do sędziów, gdyż to oni wydawali decyzje aresztowe, oceniali moje pisma, zażalenia. To oni mieli ustawowy obowiązek weryfikować zasadność skarżonych decyzji procesowych. Miałem pecha, bo wtedy byli jeszcze asesorzy. Jeden asesor, dziś sędzia, przedłużył mi areszt, uzasadniając to m.in. zawartością akt niejawnych. Gdy zapoznałem się z tymi dokumentami tuż przed zakończeniem śledztwa, okazało się, że tam w ogóle nie pada moje nazwisko. Ten facet ich po prostu nie przeczytał! Ja, jeszcze zanim zostałem adwokatem, ukończyłem aplikację sędziowską. Pamiętam z aplikacji pewnego sędziego, który często powtarzał, że sędzia, zwłaszcza karny, musi mieć olbrzymią odwagę cywilną, by nie dać się złamać, nie orzekać wedle zapotrzebowania społecznego. Sprawowanie urzędu sędziego to jest wielka odpowiedzialność i jak ktoś nie chce jej dźwigać, powinien się zająć czymś innym. Dobre stopnie na egzaminach nie gwarantują jeszcze jakości sądzenia.

A może prawo mamy niedoskonałe?

Przeciwnie, generalnie prawo mamy dobre. Tylko szwankuje umiejętność jego stosowania, odczytania jego ducha. Prawo nie jest wartością samą w sobie, ono ma służyć celom społecznym. A u nas myśli się schematami, no i ewentualnie o tym, co powie apelacja. Każdy pilnuje swojego tyłka, sędziowie często są pozbawieni empatii. Człowiek schodzi na dalszy plan. Pewnie zdziwię panią, ale choć Prawo i Sprawiedliwość to nie moja bajka, umiem dostrzec dobre strony niektórych proponowanych przez tę partię pomysłów na reformę sądownictwa. Na przykład w zakresie dyscyplinowania i odpowiedzialności sędziów.

Po powrocie do pracy spotkał pan na sali sądowej któregoś z sędziów, którzy przyłożyli rękę do pana pobytu w areszcie?

Jednego tak. Nie rozmawiałem z nim, uznałem, że nie ma o czym. Nie chciałem też zaszkodzić klientowi.

Z aresztu wyszedł pan w marcu 2007 r. Jak szybko wrócił pan do normalnej aktywności adwokackiej?

Przez pierwszy miesiąc nie mogłem pogodzić się z myślą, że jednego dnia w danej sali miałbym się pojawić jako pełnomocnik, a drugiego jako oskarżony. Gdy jednak spotkałem kolegę adwokata, który jeszcze w latach 90. XX w. trafił do aresztu, a potem został oczyszczony z zarzutów, on mi powiedział: „Zwariowałeś? Wracaj do pracy jak najszybciej, ja na wyrok uniewinniający czekałem 10 lat”. Zmotywował mnie do wzięcia się się w garść. Ale przez pierwsze miesiące nie chodziłem na rozprawy, pracowałem w kancelarii.

Czy miał pan wsparcie środowiska adwokackiego?

Dotknęła pani delikatnej kwestii. Do kolegów adwokatów mam chyba nie mniejszy żal niż do sędziów. Bo co zrobili, gdy zostałem zatrzymany? Kompletnie nic. Żadnych słów wsparcia, oferty pomocy. To już nawet do skazanego na śmierć przychodzi ksiądz, dodać mu otuchy. Na własnej skórze przekonałem się, jak wiele zawiści jest w tym środowisku i jak mało solidarności. Z aresztu napisałem do dziekana rady list z zapewnieniem, że zarzuty są bezpodstawne i z pewnością wykażę to w postępowaniu sądowym. Nie dostałem odpowiedzi. Nawet zdawkowej. Żadnej.

Nikt pana nie odwiedził?

Któregoś dnia przyszedł do aresztu rzecznik dyscyplinarny. Wystąpiłem bowiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego wobec adwokata, który nakłonił – i miałem na to dowody – swojego klienta do obciążenia mnie fałszywą informacją o tych 2 mln. Ów rzecznik usiłował mnie przekonać, bym... wycofał skargę. Kazałem mu wyjść.

Dlaczego ten drugi adwokat chciał panu zaszkodzić?

Nie wiem, widocznie on albo jego klient mieli w tym jakiś interes.

Sprawa dyscyplinarna miała swój finał?

Iście teatralny, można by rzec. Bo przez kilka lat nic się nie działo. Gdy zapadł pierwszy wyrok uniewinniający mnie, zrobiło się głośno, z gorliwością neofitów niektórzy koledzy zaczęli domagać się najcięższej kary dla tamtego adwokata, sporządzono akt oskarżenia z wnioskiem o rugowanie z zawodu. Tyle że już w chwili jego formułowania sprawa była przedawniona. Ja doskonale o tym wiedziałem, bo przez 9 lat byłem zastępcą rzecznika dyscyplinarnego. Moi koledzy albo nie wiedzieli, albo udawali, że nie wiedzą. Zapadł więc w końcu wyrok: umorzenie z powodu przedawnienia, ale z bardzo ostrym uzasadnieniem. Jako korporacja kompletnie nie radzimy sobie z dbaniem o wizerunek, nie potrafimy powiedzieć złemu adwokatowi, który nie przestrzega reguł: ty jesteś fe, robimy ci dyscyplinarkę, bo nie chcemy, by nas z tobą kojarzono. A już na kiepski żart zakrawa to, że prokurator – mój oprawca, który np. konsekwentnie nie zgadzał się na przebadanie mnie wariografem, o co wnioskowałem – dziś także jest adwokatem. Należymy do tej samej izby.

Jak to?

Najwyraźniej zamarzyła mu się toga z zielonym żabotem, a palestra przyjęła go z otwartymi ramionami. Człowieka, który kiedyś publicznie zapewniał, że walczy z adwokatami. Coś pani pokażę: gdy jeszcze był prokuratorem, znalazłem jego wpis na stronie internetowej szkoły, którą ukończył. „Jestem prorokiem, walczę z papugami i szamakami” (w grypserce szamak to wyrzutek ze społeczności więziennej, który szama, czyli je, siedząc na WC – red.). Postawił w jednym szeregu adwokatów i przestępców, i to używając słownictwa, jakim posługują się w więzieniach najbardziej zdemoralizowani kryminaliści. Zachowałem sobie ten wydruk.

W zeszłym tygodniu sąd oddalił apelację prokuratury od trzeciego wyroku uniewinniającego pana. Dlaczego były aż trzy procesy?

Po aresztowaniu postawiono mi sześć zarzutów, w tym trzy dotyczące posiadania nielegalnego oprogramowania. Gdy sprawa się przedłużała, bo była obszerna, i pojawiło się ryzyko, że wątek komputerowy się przedawni, wystąpiłem o jego wyłączenie do osobnego rozpoznania. Zależało mi na uniewinnieniu, a nie na przedawnieniu. A skąd trzecia sprawa? Gdy trafiłem do aresztu, do prokuratury zgłosił się człowiek twierdzący, że zażądałem od klienta 80 tys. zł za załatwienie wyroku uniewinniającego. To był przestępca, oszust i klasyczny mitoman, co potem potwierdził biegły, miał kilka własnych spraw „na biegu” i pewnie chciał się zasłużyć, uważając, że ten jeden zarzut mniej czy więcej wobec mnie nie zrobi różnicy. Ekonomika procesowa nakazywałaby połączyć śledztwa, ale nie, ten wątek zostawiono. Na jego podstawie próbowano mnie wsadzić do aresztu trzy miesiące po tym, jak z niego wyszedłem. To jest taka technika prokuratorów: zawsze lepiej mieć coś w zanadrzu, na wypadek gdyby ktoś nie posiedział tak długo, jak by chcieli. Wtedy znów nie obyło się bez gwałtownego zwrotu akcji: zatrzymano mnie na stacji benzynowej i przewieziono na dołek, choć dzień wcześniej w tej samej prokuraturze byłem służbowo jako adwokat. Ubiegłotygodniowy wyrok, a zwłaszcza jego ustne uzasadnienie, miażdżące dla sposobu przeprowadzenia postępowania przygotowawczego w tej sprawie, przywraca mi wiarę w polski wymiar sprawiedliwości.

Pana osobiste starcie z prokuraturą zakończyło się zatem wynikiem 8:0. Pełny sukces.

Rzeczywiście, bardzo rzadko się zdarza, by przy akcie oskarżenia obejmującym tyle zarzutów, i to stawianych nie przez prokuraturę w Pcimiu, lecz jednostkę wyższego szczebla, w sądzie nie ostało się zupełnie nic. To rodzi pytanie, czy prokurator był tak słaby merytorycznie, czy parł do skazania z innych powodów.

Skoro panu tak dobrze poszło we własnej sprawie, to chyba znów nie brak panu klientów? Zwłaszcza że po takich doświadczeniach doskonale pan wie, co myśli i czuje oskarżony, więc łatwiej jest się panu z nim porozumieć.

Tę tezę można odwrócić: co to za adwokat, który nie był w stanie powstrzymać walca toczącego się w jego stronę. To by wskazywało na brak dostatecznych kwalifikacji. Chciałaby pani mieć takiego obrońcę? Co do liczby klientów – siedem lat zajęło mi osiągnięcie poziomu przychodów zbliżonych do okresu przed aresztowaniem. Przychodów. Tyle samo zarabiać zapewne nie będę już nigdy.

Postanowił pan pozwać Skarb Państwa w związku z niesłusznym aresztem. W czerwcu tego roku sąd przyznał panu blisko milion złotych. To adekwatna kwota?

Niezręcznie mi rozmawiać o pieniądzach, zwłaszcza z ludźmi, którzy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji jak ja, nie siedzieli w celi, nie stracili tak wiele, w tym prestiżu i zdrowia. Adwokat, sędzia czy prokurator wykonują zawody zaufania publicznego. Areszt nie tylko godzi w ich reputację, ale przede wszystkich podważa to zaufanie. Trudno to przeliczyć na konkretne kwoty. W moim przypadku biegli wycenili szkodę na 1,5 mln zł. Ja sobie obiecałem, że zrobię coś w tej sprawie z jeszcze jednego powodu. Otóż uchylono mi areszt 7 marca, ale dopiero 9 wypuszczono na wolność. Te dwa dni szła informacja z sądu w Katowicach do oddalonego o 40 km aresztu śledczego w Tarnowskich Górach. Jak panią zatrzymują, a sąd aresztuje, to panią zawiozą do kryminału i odprowadzą pod same drzwi. W drugą stronę to już tak nie działa. Pisma wysyła się pocztą. Dlaczego? Czy wie pani, czym są takie dwa dni dla człowieka, który wie, że jest wolny, ale musi jeszcze znosić to wszystko, co się dzieje za kratami?

Myśli pan, że ten milion podziała na wyobraźnię przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, którzy lekką ręką wysyłają ludzi do aresztu?

Nie, dopóki ich odpowiedzialność będzie taka jak teraz, czyli żadna. Bo na ten milion pójdą m.in. pani podatki. A prokuratorzy będą dalej spali spokojnie, tłumacząc, że przecież była kontrola sądowa ich decyzji. Czasem słyszę argument, że jak prokuratorom będzie groziła odpowiedzialność, w tym finansowa, to się trzy razy zastanowią, zanim coś zrobią. Czy to jednak coś złego, jak będą musieli się trzy razy zastanowić? Przecież tam nic nie dzieje się szybko i zazwyczaj błędy nie są wynikiem złej oceny sytuacji wywołanej pośpiechem, w jakim trzeba podejmować decyzje. W rzeczywistości są efektem pójścia na skróty, kunktatorstwa, nonszalancji, braku kompetencji czy złej woli. W najlepszym przypadku.

Załóżmy, że teraz ktoś by panu zaproponował poprowadzenie dużej aferowej sprawy gospodarczej, której przestraszyli się inni adwokaci. Wziąłby pan ją?

Oczywiście, że tak. Lubię wyzwania. Kiedyś któryś klient powiedział mi, że jestem specjalistą od spraw trudnych i niemożliwych. Sam o sobie często myślę, że jestem typem fightera.