Raz, dwa, trzy, z rządu odchodzisz ty. Taką wyliczankę będziemy mogli obserwować w tym tygodniu w mediach. Dymisja Dawida Jackiewicza uruchomiła karuzelę. Niebawem się okaże, czy dołączą do niego minister finansów, szef resortu zdrowia, a może minister rolnictwa czy środowiska. Beata Szydło, o czym świadczy wypowiedź Marka Suskiego, że najlepszym premierem byłby Jarosław Kaczyński, jest w stanie twórczego napięcia i nie jest pewna swojej pozycji. Do tego temat rekonstrukcji i tak żyłby przez całą jesień, a media i politycy podpowiadaliby, kto powinien odejść. W tych okolicznościach premier zdecydowała się przejąć inicjatywę i szybko przeprowadzić zmiany, by uciąć spekulacje i pokazać, że ma silną pozycję. Konkretnie pozycję numer dwa, bo pozycji numer jeden Jarosława Kaczyńskiego nikt nie kwestionuje.

Podjęte decyzje mają być także odpowiedzią na pojawiające się w PiS głosy krytyczne, że program nie jest realizowany wystarczająco szybko, że ministrowie nie współpracują z posłami, że nominacje kolejnych działaczy i sympatyków tej partii na funkcje państwowe są zbyt wolne. W samym rządzie narasta też niezadowolenie części ministrów, których rozmaite plany wydatkowe są stopowane przez ministra finansów. Do tej pory premier Szydło dzierżyła parasol ochronny nad tym ministrem, ale pojawia się coraz więcej sygnałów, że jest on właśnie składany.

To pokazuje, że doszło do pierwszego krytycznego momentu w rządzie PiS. Bierze się on z normalnego w przypadku każdej formacji sprawującej władzę rozdźwięku między chcieć a móc. Rozdźwięk jest tym większy, że PiS, wprowadzając program 500 plus, zwiększył wydatki w stopniu, o jakim poprzedni rząd mógł pomarzyć. W poprzedniej kadencji wygospodarowanie miliarda czy dwóch rocznie na jakiś cel wydawało się niesamowitym sukcesem, a tu budżetowy koszt to 23 mld zł rocznie. Po 500 plus części polityków PiS wydaje się, że budżet można łatwo zwiększać. Nic dziwnego, że w takim przypadku osobą, której najłatwiej trafić na celownik, jest szef resortu finansów. Ktoś, kto mówi "nie" kolegom z  innych resortów, nigdy nie będzie lubiany.

Tyle że ewentualna dymisja Pawła Szałamachy nie napełni państwowej kasy. Budżet przygotowany przez jego resort ma gwarantować, że w przyszłym roku deficyt sektora finansów publicznych nie przekroczy 3 proc., choć otrze się o tę granicę. I stanie się tak, mimo kolejnego roku wzrostu PKB. A PiS szykuje kolejne wydatki: obniżenie wieku emerytalnego, wzrost wydatków na zdrowie i obronę, nie mówiąc o postulowanych przez Mateusza Morawieckiego środkach na inwestycje publiczne. Tylko obniżenie wieku emerytalnego ma kosztować pod koniec dekady 17-19 mld zł rocznie, czyli blisko 1 proc. PKB. Podzielenie tej kwoty po połowie między obronę i zdrowie znacząco zmieniłoby sytuację w tych sektorach. W przypadku zdrowia podniosłoby wydatki o blisko 10 proc. rocznie, a armii - o 1/4.

Ten krótki przegląd pokazuje, że ważniejszy od zmian personalnych jest wybór priorytetów. Dlaczego? Bo bardzo realne jest spowolnienie gospodarcze, które raz czy dwa musi się zdarzyć w każdej dekadzie. W takim przypadku trzeba będzie ciąć budżet o miliardy złotych. Od podejmowanych teraz decyzji zależy, na ile elastycznie będzie mógł reagować rząd, kiedy pojawi się zadyszka.