Eksperyment jest intrygujący nie tylko dlatego, że wprowadzenie Morawieckiego na Świętokrzyską to tylko - jak mówią jego współpracownicy - „unia personalna” dwóch ministerstw. Formalnie to nadal dwa odrębne resorty ze swoimi kompetencjami i zadaniami - ćwiczenie, którego administracja publiczna jeszcze nie robiła.

Przedsięwzięcie jest ryzykowne, bo naraża na szwank główne zadanie, jakie przypisano MF jeszcze w kampanii wyborczej: poprawę ściągalności podatków.

Dlaczego? Zacznijmy od tego, że „unia personalna” stwarza wrażenie prowizorki. Na dłuższą metę można sobie na nią pozwolić w przypadku likwidowanego Ministerstwa Skarbu i Komitetu Stałego RM (jeden szef, minister Henryk Kowalczyk), ale nie wobec resortu zarządzającego olbrzymim aparatem z tysiącami urzędników, na dodatek w przededniu głębokich zmian w tym aparacie. To, że w tej „reformie” zatrzymano się w pół kroku, pozostawiając MF w niezmienionym kształcie w strukturach administracji, zamiast gruntownie zreorganizować gospodarczą część rządu, może sugerować, że Mateusz Morawiecki wszedł w buty ministra finansów dlatego, że nikt inny nie chciał ich przymierzyć, a poszukiwania kogoś, na kogo by pasowały, nadal trwają. Funkcja szefa MF w nowym wydaniu - jako głównego księgowego rządu – jest bowiem mało atrakcyjna: zadań moc, odpowiedzialność wielka, władza praktycznie żadna.

Ta tymczasowość na stanowisku szefa resortu finansów może być problemem, bo ma on do wykonania dużą pracę. Służby skarbowe podległe resortowi mają przynieść do państwowej kasy w przyszłym roku całą górę pieniędzy i to bez zwiększania podatków. Mają je po prostu skuteczniej egzekwować. I bez tego rząd postanowił utrudnić MF zadanie, forsując z uporem ćmy lecącej do ognia reformę administracji skarbowej. W jej wyniku wszystkie służby podległe dziś Ministerstwu Finansów zostaną połączone w Krajową Administrację Skarbową. Nawet jeśli to dobry plan, to czas na jego realizację wybrano jak najgorzej. Zawsze przy takiej zmianie instytucja na jakiś czas popada w organizacyjny bezwład, bo następuje wymiana (redukcja) kadr, przypisywanie nowych zadań... Że też musi to się dziać w latach, gdzie budżety będą napięte do granic możliwości.

Nawet jeśli Mateusz Morawiecki poradzi sobie z zarządzaniem tym skomplikowanym procesem, to może wpaść na inną rafę. Wicepremier jest świetny w snuciu planów, kreśleniu strategii i wyznaczaniu kierunków. Ale jak wypadnie w roli egzekutora podatków, tego nikt nie wie. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że będzie się w niej czuł nieswojo. Bo jak na przykład pogodzić piękną ideę wspierania przedsiębiorczości, budowy polskiego kapitału, z którego miałby być finansowany rozwój, z twardymi zmianami w prawie podatkowymi, które mogą przedsiębiorczość dławić? Ot choćby najnowszy projekt ustawy o VAT, który ma wprowadzić szereg obostrzeń dla firm, np. zlikwidować rozliczenie kwartalne, wprowadzając co do zasady termin miesięczny i wydłużając równolegle okres zwrotu podatku. To uderzy w oszustów wykorzystujących mechanizm rozliczeń VAT, ale przy okazji jak nic pogorszy płynność finansową firm, a w efekcie zniechęci je do inwestowania. A to przecież słowo „inwestycje” w kontekście Planu Odpowiedzialnego Rozwoju pada bardzo często, zaraz za słowem „innowacje”.

Wicepremier będzie stawał przed takimi dylematami co krok. Obstawiam, że kładąc na szali realizację swoich długoterminowych celów rozwojowych i walkę o podatkowy grosz za wszelką cenę, będzie jednak wybierał to pierwsze. Plan Odpowiedzialnego Rozwoju nie przypadkiem jest nazywany planem Morawieckiego.