Pierwszy, najbardziej oczywisty, wręcz nieco nudny, to po prostu kolejne potwierdzenie tego, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nie przepuści żadnej okazji do konfliktu i woli ten sam efekt osiągnąć, głośno krzycząc i waląc cepem, niż pięknie się uśmiechać i skorzystać z mniej rzucającego się w oczy, ale równie skutecznego sztyletu. Amatorszczyzną pachnie to, że ogłoszenia tej decyzji nie przeciągnięto choćby o dwa tygodnie, do czasu po wizycie, by nie wystawiać się na tak oczywisty strzał, a wręcz wpychać kule w armaty Francuzów. Ale jako że to nie pierwsze faux pas dyplomatyczne tej formacji, to nie jest zaskakujące.

Znacznie ciekawsze jest jednak to, że gest Hollande’a jasno pokazuje, iż we współczesnej tak zglobalizowanej gospodarce kapitał jednak ma narodowość. W uproszczeniu sytuacja wygląda tak: prezydent Francji obraża się na Polskę, bo nie dajemy zarobić korporacji notowanej na giełdzie w Paryżu. To bardzo jasno pokazuje, że państwa dbają o interesy gospodarcze narodowych firm, i oszukiwanie się, że kapitał jest ponadnarodowy, jest naiwnością. Warto też uczyć się od kolegów znad Sekwany – jeśli oni tak mocno lobbują za swoim przemysłem, to my także powinniśmy sięgać po takie środki. Choć o to będzie znacznie trudniej, bo po prostu w porównaniu z francuskim nasz przemysł jest bardzo ubogim krewnym.

Z drugiej strony ten spektakularny gest w żaden sposób nie kończy walki o smaczne ciastko, jakim są kontrakty na uzbrojenie, których zawarcie planuje polski rząd. Być może Francuzi po prostu już rozpoczęli grę o to, by Airbus dostarczył nam np. śmigłowce morskie czy samoloty dla VIP-ów. To kontrakty mniejsze, ale też warte kolosalne pieniądze.

Kolejny wniosek jest natury geopolitycznej. Reuters donosił także o tym, że rząd francuski chce przejrzeć swoje umowy dotyczące współpracy wojskowej z Polską. Jeśli to prawda, to stawia to naszych partnerów z NATO w fatalnym świetle. Wydźwięk jest taki: jeśli kupujecie nasz sprzęt za grube miliardy, to jesteśmy kumplami. Jeśli nie, to poszukamy innych kumpli. Taki sojusz za pieniądze. Jeśli to ma być fundamentem polsko-francuskiej współpracy w dziedzinie obronności, to nie ma szans, by była ona trwała.

Dla przypomnienia: na wyraźną prośbę Francji polscy żołnierze brali udział w misjach w Mali i Republice Środkowej Afryki. W ostatnim czasie Francuzi (w przeciwieństwie do Amerykanów, Kanadyjczyków, Niemców czy Brytyjczyków) w bardzo ograniczonym stopniu biorą udział w ćwiczeniach wojskowych w Polsce i to oni, a nie nasi sąsiedzi zza Odry, byli głównymi oponentami wzmocnienia wschodniej flanki NATO. Wreszcie pamiętajmy, że za tydzień prezydenta Hollande’a odwiedzi prezydent Putin, a jeśli chodzi o sankcje nałożone na Rosję, to Francja do jastrzębi zdecydowanie nie należy.

Wróćmy na polskie podwórko. Fakty są takie, że nasza Marynarka Wojenna bardzo pilnie potrzebuje nowych śmigłowców. O ile generalnie Wojsko Polskie nie potrzebuje od razu 50 maszyn, to są miejsca, gdzie ich brak jest dojmujący – takim jest ratownictwo morskie. Tak naprawdę wybór każdego z trzech producentów śmigłowców walczących o kontrakt miał i ma przeciwników i zwolenników. MON powiedziało „nie” caracalom. Taką decyzję można zrozumieć. I o ile z pewnym dystansem można podchodzić do pohukiwań Francuzów, to jeśli w ciągu kilku miesięcy nie będziemy mieli umowy na śmigłowce morskie, zerwanie tego kontraktu będzie miało coraz gorsze reperkusje.