Rząd zaliczył spektakularny falstart podatku jednolitego. Przekazując opinii publicznej strzępy informacji z projektu, który – jak się okazuje – nie jest do końca przemyślany w tak kluczowych kwestiach, jak opodatkowanie działalności gospodarczej sam sobie zafundował publiczne biczowanie, które trwa już drugi tydzień. Silna pokusa, by stać się ojcem sukcesu, zapędziła niektórych ministrów w kozi róg wzajemnie wykluczających się tłumaczeń i chaotycznych prób uspokajania publiki. Podatek jednolity, choć jeszcze niegotowy, żyje już własnym życiem i trudno będzie to odkręcić fachowcom od rządowej komunikacji.

Skutki? Opłakane. Rząd naraził się grupie społecznej, która – zasadniczo – powinna być naturalnym oparciem dla ugrupowania nazywającego siebie konserwatywnym. Ludzie prowadzący działalność gospodarczą, wolne zawody, czy tzw. klasa średnia – są co najmniej wystraszeni, a niektórzy rozzłoszczeni. Widać to nawet w publicystyce, która na co dzień sprzyja obozowi władzy. Miało być spektakularne osiągnięcie, a jest gaszenie pożaru. O istocie samego projektu – czyli konieczności zmniejszenia klina podatkowego, ujawnienia i próby obniżenia faktycznych kosztów pracy – coraz mniej się pamięta. Przez niepotrzebny pośpiech rządzących podatek jednolity zaczyna się kojarzyć z podwyżką podatków w ogóle, z janosikowym, z próbą zamachu na przedsiębiorczość, uderzeniem w rodzinę i z Bóg wie jeszcze czym.

Cięgi, jakie zbiera rząd, muszą demotywować. Wniosek jest prosty: lepiej siedzieć cicho, robić zmiany pozornie korzystne , które można ładnie opakować (jak obniżenie CIT do 15 proc. dla małych firm – w tej samej nowelizacji ustawy wprowadzono zmiany, które neutralizują pozytywny efekt niższej stawki) albo społecznie popularne, jak dodatki 500 plus. Tak, Rodzina 500 plus to niezaprzeczalny sukces, osiągnięty kosztem 22 mld zł rocznie. Zresztą już dziś można typować kolejny: będzie to obniżenie wieku emerytalnego (koszt około 9 mld zł w 2018 r.).

Krzyk nad podatkiem jednolitym zniechęca tym bardziej, że dopiero co rząd musiał przełknąć gorzką pigułkę podatku handlowego. Była to kuracja długa i pełna cierpień. Coś, co PiS wywieszał na swoich sztandarach w kampanii wyborczej, co miało być motorem do budowania jego poparcia wśród polskich przedsiębiorców działających w handlu bardzo szybko stało się kulą u nogi. To podatek handlowy wywołał pierwszy poważny kryzys w samym rządzie, demonstracje handlowców pod Sejmem i konflikt z Komisją Europejską. I to właśnie sposób, w jaki rząd rozwiązał ten kryzys pokazuje, że opcja "nie wychylać się" zyskuje na znaczeniu. Mimo jasnych deklaracji Pawła Szałamachy, do niedawna ministra finansów, że podatek zostanie napisany na nowo, mimo wpisania miliarda złotych dochodów z tegoż podatku w przyszłorocznym budżecie, ostatecznie z niego zrezygnowano. Bo tak należy traktować pomysł, by przełożyć wejście w życie przepisów na początek 2018 r. Ministerstwo Finansów nie chce otwierać kolejnej wojny z handlowcami, którzy teraz kontestują już każdą propozycję.

To nie koniec, bo obóz władzy ma na koncie jeszcze jedną wpadkę. Kto jeszcze pamięta, czym miał być kurs sprawiedliwy? Czy o oddawaniu bankom kluczy do mieszkań? Mówiąc krótko o iluzji, jaką karmiono od wyborów – najpierw prezydenckich, a potem parlamentarnych – tzw. frankowiczów? Finisz to prezydencki projekt ustawy zakładający tylko zwrot tzw. spreadów, czyli kosztów stosowania różnic kursowych przez banki, co frankowiczów nijak nie zadowala. Projekt prezydenta, którym niebawem zajmie się Sejm, to próba wyjścia z twarzą z tej awantury. Co może być trudne zważywszy na to, że na stole leżą też projekty opozycji, idące znacznie dalej, niż prezydencki. I PiS znów będzie musiało lawirować między tym co obiecało, a tym co jest w stanie dać.