Oferta brzmi tak: jeśli zdecydujesz się urodzić dziecko z letalną (śmiertelną) wadą genetyczną, choć masz prawo w takim przypadku przerwać ciążę, dostaniesz od rządu 4 tys. zł. Jednorazowo. To dla ciebie. My, rząd, dzięki temu już niedługo będziemy mogli zaostrzyć ustawę antyaborcyjną. Co ułagodzi rozsierdzony Kościół i środowiska pro-life, którym przed wyborami coś obiecaliśmy, ale się nie wywiązaliśmy, a teraz one trzymają nas za gardło.

Każda słaba oferta handlowa musi mieć swoją legendę, więc ta także ją ma. To wcale nie jest transakcja, przekonuje rząd, nam chodzi o dobro matek oraz pomoc rodzinom i dzieciom dotkniętym takim nieszczęściem. Przecież nie dajemy pieniędzy tylko kobietom, które noszą dziecko z ciężką wadą genetyczną. Dostanie je każdy rodzic dziecka upośledzonego. Wystarczy, że przedstawi stosowne zaświadczenie, z pieczątką lekarza, specjalizacji drugiego stopnia, ostatecznie z tytułem specjalisty w dziedzinie położnictwa i ginekologii, perinatologii i neonatologii. To nie wszystko. Kobiety w takich ciążach będą korzystać ze świadczeń medycznych poza kolejnością, a jeśli będą tego potrzebowały, pomoże im asystent rodziny. Także dostęp do opieki paliatywnej i hospicyjnej będzie ułatwiony. Nasza ustawa nazywa się „Za życiem” i taka jest w istocie. A kto mówi inaczej, łże złośliwie, by nasz rząd obrzydzić społeczeństwu. Pewnie ma w tym jakiś interes.

Bez idei

Można uznać, że rząd naprawdę chce ulżyć rodzicom dotkniętym nieszczęściem, że w całym tym pomyśle chodzi o coś więcej niż tylko bieżący rachunek polityczny. Można dowodzić, że w końcu u władzy jest partia, która myśli o zwykłych ludziach, która pochyla się nad potrzebującymi, dla której obietnica to cel, a nie słowo rzucone na wiatr. Można. Tylko po co? By sobie poprawić samopoczucie? By nie zaciskać zębów, gdy ktoś będzie się naśmiewał, że oto znów daliśmy się nabrać?

Spróbujmy spojrzeć na politykę tak, jak na nią patrzą politycy. Grę, w której wszystkie ciosy są dozwolone, w której nie ma reguł, sojusze są taktyczne, przyjaciele chwilowi, a cel jeden: zdobycie i utrzymanie władzy. W publicznych wypowiedziach polityków taka narracja się oczywiście nie pojawia, ale w kulisach już owszem. Wyborcy na taki opis się zżymają, bo przecież aby wrzucić głos do urny, trzeba mieć choć trochę nadziei, więc wypierają tę prawdę, a tych, którzy ją głoszą, oskarżają o niecne zamiary, sprzedajność albo antyrządowość chociażby. I to też odpowiada politykom, bo najlepsza taka prawda, w którą nikt nie wierzy. Naiwność wyborców to gleba, bez niej polityka w państwach demokratycznych byłaby niemożliwa. Publicyści zwykle opisują ją w innych kategoriach, z zapałem godnym lepszej sprawy szukają w niej idei, bo stwierdzenie, że polityka to jedno wielkie g..., zbyt mało jest finezyjne jak na ich rozbuchane potrzeby intelektualne. Stąd też teksty o przekraczaniu granic, dewastowaniu życia publicznego i prywatnego, o brutalności i oszczerstwach. O teatrze.

A przecież można prościej, bez tej całej ideowej otoczki. Można pisać o narzędziach, które pozwalają zdobyć i utrzymać władzę. O technologii polityki. Tu wygrywa ten, kto wynajdzie skuteczniejszą metodę. Polityka ciepłej wody w kranie, uprawiana przez siedem lat przez Donalda Tuska, nie była ideą, celem państwowym, społecznym czy gospodarczym, a politycznym narzędziem, dzięki któremu zarobione, zindywidualizowane społeczeństwo poszło za Platformą. W „zamachu” w Smoleńsku nie chodzi o szukanie prawdy, to jedynie skuteczna metoda mobilizowania elektoratu, utrzymywania go w ciągłym wrzeniu, którego tak potrzebuje, bo wrzący świat jest tego elektoratu środowiskiem naturalnym. Podobnie jak ekshumacje ofiar smoleńskich nie temu służą, by znaleźć na nich trotyl, ale by znaleźć cokolwiek, choćby pomylone części ciał, bo każda, nawet najmniejsza pomyłka, urośnie do rangi katastrofalnej, barbarzyńskiej, porażającej (wstaw właściwy przymiotnik) zdrady. Narodowej oczywiście.

Zupełnie nowatorskim narzędziem, które opatentowało Prawo i Sprawiedliwość, jest monetyzacja. PiS swoich wyborców przeliczył na złotówki i gdy tylko potrzeba – płaci. W końcu nie ze swojego.

Nie wiem, kto na to wpadł, czy ojców pomysł ma wielu, czy jednego (bądź jedną), ale z punktu widzenia partii wart jest on tyle złota, ile waży. Wcześniej każdy polityk marzący o władzy obiecywał wyborcom, co mu tylko przyszło do głowy – gruszki na wierzbie, sto milionów, milion mieszkań. Tak też zrobił PiS w kampaniach 2015 r. Ale do tej pory żaden polityk nie wpadł na to, by swoje obietnice zrealizować. Bo populizm, bo budżet, bo ograniczenia fiskalne Unii... Zawsze jakieś wytłumaczenie się znalazło. Dopiero PiS uznał, że to się opłaca. Politycznie oczywiście. Jak rzucił hasło „500 plus”, to je zrealizował. Zapowiedź obniżenia wieku emerytalnego też zrealizuje, choć trudno dziś znaleźć specjalistę, który wyliczyłby, że budżetu państwa to nie wywróci. Ale politycznie same korzyści.

Każdego można kupić?

Tę właśnie metodę PiS zastosował wobec ustawy antyaborcyjnej. W kampanii wyborczej uśmiechał się szeroko do środowisk pro-life, a one wzięły ten uśmiech na poważnie. Stowarzyszenie Ordo Iuris złożyło więc obywatelski projekt zakazujący aborcji w ogóle, który matkę w dodatku karał za usunięcie ciąży więzieniem. I byłby pewnie przeszedł on przez Sejm, gdyby nie protesty kobiet, które przetoczyły się przez kraj. PiS czarnych marszów się wystraszył, projekt wyrzucił do kosza i teraz warczą na niego obrońcy życia. Jak ich udobruchać? Zaproponować kompromis. To znaczy żaden kompromis, tylko zaostrzenie ustawy, ale po to jest język giętki i TVP, by ludzie wiedzieli, że teraz słowa mają inne znaczenie. Ten niby kompromis to usunięcie z obecnie obowiązującej ustawy antyaborcyjnej jednego podpunktu – 2 – z artykułu 4a paragraf 1. Dopuszcza on przerwanie ciąży w sytuacji, gdy „badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. Usunięcie ciąży będzie możliwe tylko wtedy, gdy będzie zagrożone życie matki lub powstała ona z gwałtu. Na razie środowiskom pro-life to wystarczy.

Aby jednak to zaostrzenie ustawy przeprowadzić, potrzeba rozbroić przeciwnika. Móc powiedzieć: my państwo, my rząd, o te matki zadbamy. I dzieci też. Nie zostawimy ich samym sobie. Mamy tu taką ustawę, nazywa się „Za życiem”. Czy jest ktoś, kto za życiem nie jest?

I tu właśnie na scenę wkracza genialny pomysł PiS, czyli monetyzacja. Jak damy matkom po 4 tys. zł, zamkniemy im usta. Jak nie wszystkim, to chociaż części. I te będą za nami, będzie można je pokazać w telewizji, przepytać na okoliczność, jak to rząd im pomógł. Do tego nasza handlowa legenda – jeszcze większa pomoc dla kobiet w ciąży (co prawda trudno się zorientować, jak możliwość skorzystania ze służby zdrowia poza kolejnością pomoże kobietom, które w ciąży w większości korzystają z prywatnych gabinetów, ale niech tam). Uchwalimy ustawę, wypłacimy pieniądze, potem weźmiemy się do ustawy antyaborcyjnej.

Mierzi Państwa ten opis? Że taki cyniczny i bezlitosny, że politykę nurza w niegodziwości a polityków w szambie? Taka jej technologia. Poglądy i idee to narzędzie, by utrzymać się przy władzy. Dziś takie, jutro inne. Jeśli za pół roku PiS będzie opłacało się ogłosić, że zapłaci 5 tys. zł zgwałconym kobietom, byle tylko urodziły, to ogłosi. Jeśli trzeba będzie podnieść płacę minimalną do 3 tys. zł  – podniesie. Nie dlatego, że może. Dlatego że na tym zyska politycznie.

(Dopisane w czwartek: Teoretyzuję? Ten tekst pisałem w środę wieczorem, w czwartek podczas posiedzenia komisji sejmowej debatującej nad projektem ustawy „Za życiem", poseł PiS Piot Uściński ogłosił, że 4000 zł powinny też dostawać matki, które zdecydują się urodzić dziecko poczęte w wyniku czynu zabronionego. Tak to działa w praktyce.)

Ale to niejedyna zła informacja. Gorsza jest taka, że jeśli inna partia uzna, iż obietnica zniesienia podatku PIT pomoże jej wygrać, to taką obietnicę złoży. I, co gorsza, ją zrealizuje. Przecież to tylko 40 mld zł wpływów rocznie do budżetu mniej (program 500 plus kosztuje 23 mld rocznie). Póki ktoś nie wynajdzie innej skutecznej metody zdobywania wyborców, politycy będą monetyzować, co się da.

Czyli nas.