Rząd musi uzyskać zgodę parlamentu na rozpoczęcie procedury wyjścia z UE – tak orzekł w czwartek sąd w Londynie. Zwolennicy Brexitu od razu okrzyknęli zasiadających w nim sędziów wrogami ludu za to, że próbują odwlec wyjście z Unii. Mają rację?

Zdecydowanie nie, a reakcja rzeczników Brexitu pokazuje, jak nisko upadł poziom debaty publicznej w Zjednoczonym Królestwie. Sąd nie zajmował się samym problemem wystąpienia z Unii, a jedynie kwestią tego, kto ma kompetencje do uruchomienia art. 50 traktatu o Unii Europejskiej: czy może to zrobić wyłącznie rząd, czy też rząd za zgodą parlamentu. Jest to zatem spór konstytucyjny związany z podstawową zasadą brytyjskiego systemu prawnego, a mianowicie zasadą suwerenności parlamentu, która przyznaje mu pełną władzę tworzenia prawa. W stosunkach międzynarodowych pierwszeństwo ma natomiast rząd. Powstało więc pytanie, czy decyzja o wszczęciu procedury z art. 50 to kwestia wewnętrzna, bo dotyczy tworzenia prawa, czy też kwestia relacji zewnętrznych. Sąd stwierdził, że owszem, decyzja ta ma implikacje zewnętrzne, ale także odnosi się ona do spraw wewnętrznych, gdyż spowoduje nieodwracalne uchylenie praw obywateli brytyjskich.

Rząd zapowiedział złożenie apelacji do Sądu Najwyższego. Jak pan ocenia jej szanse?

Sprawa nie jest przesądzona. SN zajmie się nią w trybie pilnym i już w grudniu odbędzie się ustna część postępowania. Pewne jest, że rząd będzie musiał wykonać akrobacje prawnicze, żeby wygrać apelację. Nie można też wykluczyć, że SN zdecyduje się wystąpić do TSUE z pytaniem, czy można wycofać się z decyzji o wystąpieniu z Unii. Będzie mu się to nawet opłacać, gdyż w razie czego mógłby obwinić go za to, że wydał taki, a nie inny wyrok. Trudno się dziwić, że będzie chciał się chronić, patrząc na to, jak brutalnie brytyjskie tabloidy zaatakowały sędziów Wysokiego Trybunału. Ale wówczas cała sprawa przeciągnęłaby się o kolejne trzy, cztery miesiące, nawet gdyby TSUE działał w trybie przyspieszonym. To z kolei spowoduje, że misterny plan premier Theresy May, zgodnie z którym procedura wychodzenia z UE rozpocznie się w marcu 2017 r., upadnie. Teoretycznie proces ten może ciągnąć się przez kilka lat.

Załóżmy, że rząd przegra apelację. Co potem?

Na uruchomienie art. 50 traktatu o UE potrzebna będzie zgoda parlamentu, który może zażądać od rządu planu negocjacji i propozycji co do kształtu przyszłych relacji z UE. Premier znajdzie się wtedy pod jeszcze większą presją i albo przyzna, że nie ma żadnego planu, albo przedstawi w końcu jakieś konkrety. A jeśli ujawni swój mandat negocjacyjny, to zarazem odsłoni wszystkie karty przed Unią. Parlament z pewnością odegra kluczową rolę w sprawie wychodzenia z UE, a trzeba pamiętać, że zasiada w nim wielu posłów Szkockiej Partii Narodowej, którzy na pewno utrudnią pracę rządowi. Na razie wszystko zresztą wskazuje, że nie ma on żadnego planu, a nawet pomysłu, jak przeprowadzić cały proces. Do tego dochodzą wewnętrzne walki w obozie brexitowców. Temperatura sporów w Partii Konserwatywnej o to, czy pozostać częścią unijnego rynku wewnętrznego, czy całkowicie go opuścić, jest tak wysoka, że może dojść do przedterminowych wyborów. Mimo to rząd wciąż czuje się pewnie, bo wie, że Partia Pracy, z takim przewodniczącym jak Jeremy Corbyn, nie ma szans na wygraną.

A Francja i Niemcy w tym czasie zacierają ręce?

Brytyjczycy naiwnie zakładali, że wszyscy padną przed nimi na kolana. Tymczasem stanowisko UE w sprawie Brexitu jest stanowcze. Donald Tusk i inni przywódcy powiedzieli brytyjskiemu rządowi jasno, że nie będzie żadnych rozmów, dopóki nie zostanie uruchomiony art. 50. Przecież im nie zależy na tym, aby ułatwić Brytyjczykom życie. Zresztą jest coraz więcej sygnałów, że UE traktuje swoje relacje ze Zjednoczonym Królestwem już bardziej jako kwestię polityki zewnętrznej. Kiedy procedura wyjścia zostanie w końcu uruchomiona, rząd brytyjski będzie wobec Unii petentem. To będzie jeden przeciwko dwudziestu siedmiu.

Która wersja Brexitu jest więc bardziej prawdopodobna: miękka, zakładająca, że Zjednoczone Królestwo pozostanie częścią wspólnego rynku, czy twarda, która oznacza całkowite wyjście z UE?

Teraz to wróżenie z fusów. Dopóki nie poznamy mandatów negocjacyjnych, nie da się niczego przewidzieć. Brytyjski rząd będzie oczywiście chciał zatrzymać tylko to, co najlepsze dla gospodarki, ale takiego wariantu Unia łatwo nie zaakceptuje. Widać też, że państwa członkowskie powoli myślą o tym, co mogą na Brexicie dla siebie ugrać. Czy w interesie Niemiec jest, aby Londyn zatrzymał passporting rights (unijny system zezwoleń na świadczenie usług finansowych ponad granicami – red.)? Nie. W interesie Niemiec jest to, aby część banków przeniosła się do Frankfurtu. Rozpoczęła się już nawet dyskusja, gdzie mają zostać przeniesione dwie unijne agencje, które dziś mają siedzibę w Londynie.

Czy możliwy jest scenariusz, że parlamentarzyści zignorują wolę wyborców i zagłosują przeciwko Brexitowi?

Nie da się tego wykluczyć. Niektórzy posłowie zdają sobie sprawę, że skutki tego procesu będą dużo gorsze niż oddanie głosu nie po myśli wyborców. Zwłaszcza że rząd wykazuje się dziś wyjątkową niekompetencją. Jeden z parlamentarzystów, który opowiadał się za wystąpieniem z Unii, z tego powodu właśnie złożył mandat.