Michael Flynn, emerytowany generał i spadochroniarz - to doświadczony żołnierz i patriota. Przez wiele lat piastował wysokie stanowiska w wojskowych służbach specjalnych USA. Dziś jest jednym z kandydatów obozu Donalda Trumpa na szefa Pentagonu. Wcześniej rozpatrywano go jako potencjalnego wiceprezydenta u boku republikanina. Ten sam Flynn w ubiegłym roku był gościem specjalnym na obchodach 10. rocznicy tuby propagandowej Kremla – telewizji Russia Today. Siedział obok Władimira Putina.

Po drugiej stronie barykady jest niejaki John Podesta. Szef kampanii Hillary Clinton i zarazem były doradca prezydentów Billa Clintona i Baracka Obamy. Ten sam John Podesta prowadzi razem z bratem Tonym (skrabnikiem Hillary) firmę lobbingową – Podesta Group (PG). Przyjęła ona prawie milion dolarów od think tanku European Center for Modern Ukraine, który reprezentował interesy Wiktora Janukowycza. PG zarabiała również na lobbowaniu w USA interesów rosyjskiego Sbierbanku. Ta współpraca miała miejsce już po aneksji Krymu i nałożeniu na Rosję sankcji.

Kluczową rolę - oprócz Podesty - odegrali w niej Stephen Rademaker i David Adams, byli wysocy rangą dyplomaci Departamentu Stanu. Powtórzmy to jeszcze raz: byli wysocy rangą dyplomaci i pracownicy administracji prezydenta współpracowali z bankiem, który - jak pisze brytyjski "Observer" - obsługuje fortunę Putina i zabezpiecza finansowo operacje wywiadu Federacji Rosyjskiej (zresztą wielu pracowników Sbierbanku to byli oficerowie Służby Wywiadu Zagranicznego - SVR, i Federalnej Służby Bezpieczeństwa - FSB).

Zarówno generał Flynn, jak i bracia Podesta to osoby z pierwszej ligi. Ludzie, którzy lada chwila wejdą do amerykańskiej administracji. Będą podejmowali decyzje o znaczeniu egzystencjalnym dla krajów uzależniających swoją politykę bezpieczeństwa od USA. Ich sentyment do Russia Today czy interesy z bankiem Władimira Putina mogą być oczywiście niewinnym dorabianiem do emerytury. Warto jednak je wziąć pod uwagę. I nieco bardziej przychylnym okiem spojrzeć na niecenzuralne, lecz zdaje się do pewnego stopnia zupełnie trafne tezy, które w nielegalnie nagranej rozmowie z Jackiem Rostowskim formułował Radosław Sikorski. Po 25 latach od upadku komunizmu i po przełomowych wyborach w USA warto zdać sobie sprawę, że polski sojusz z Ameryką nie będzie trwał wiecznie. Warto też zadać sobie pytanie, jak zapewnić bezpieczeństwo narodowe w razie jego erozji .

Słowa i czyny, których byliśmy świadkami w kampanii, każą tak postawione pytanie traktować zupełnie poważnie. Trump jeszcze kilka miesięcy temu oprócz generała Flynna w swoim najbliższym otoczeniu miał Paula Manaforta i Cartera Page’a, ludzi, którzy wręcz fascynują się Putinem. Później pojawiły się wypowiedzi kwestionujące sens zaangażowania się USA w ramach art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego. Jednym gestem podważono coś, co - chcielibyśmy wierzyć - jest niepodważalne.

Wcześniej, za prezydentury Obamy, byliśmy świadkami resetu z Rosją, którego architektem była ówczesna szefowa dyplomacji Hillary Clinton. W końcu pojawiła się informacja, że szefem Pentagonu w razie jej zwycięstwa może być Jack Reed, człowiek, który w 2008 r. jako pierwszy mówił o konieczności zerwania rozmów o budowie w Polsce tarczy antyrakietowej (przypomnijmy, że poinformowano nas o tym 17 września 2009 r., w 70. rocznicę napaści ZSRR na Polskę).

Ameryka to nasz najważniejszy i najwierniejszy sojusznik. Nie uciekajmy jednak od pytania o to, jak budować uzupełniający wobec niej model bezpieczeństwa. Jeśli zajdzie taka potrzeba, nawet nie sama mityczna Ameryka, ale skomplikowany i złożony z wielu poziomów sprzecznych interesów system polityczny może poświęcić polskie interesy na rzecz bliżej nieokreślonego „wyższego dobra”. Mieliśmy tego przedsmak w czasach wojny z terroryzmem George’a W. Busha, gdy zaczęło się robić gorąco wokół tajnych więzień CIA.

To nie polska prokuratura, WSI czy Agencja Wywiadu ujawniły, że takie ośrodki istnieją (w tym jeden w Kiejkutach na terenie szkoły oficerskiej AW). Przeciek był efektem wojny między wywiadem i wymiarem sprawiedliwości USA. Wojny, w której Polska stała się przypadkową ofiarą. W dobrej wierze zaangażowaliśmy się w program rendition flights, który pozwalał CIA nie łamać konstytucji USA. W zamian zostaliśmy najzwyczajniej w świecie wystawieni. Gra przeciekami do amerykańskiej prasy realnie osłabiła nasze bezpieczeństwo, a polskich polityków naraziła na śmieszność.

Dziś sytuacja jest jeszcze bardziej złożona. Stany Zjednoczone, jak nigdy w swojej historii, są skierowane do wewnątrz. Trawi je głęboki konflikt, który z wielką siłą ujawni się już po wyborach i będzie dotyczył między innymi obsady Sądu Najwyższego. Wcześniej mówiło się nawet o próbie impeachmentu Clinton (w razie jej zwycięstwa) w związku ze skandalem mailowym (wprost w telewizji Fox News użył takich sformułowań republikański kongresmen Michael McCaul).

Słowa Trumpa o warunkowym zaangażowaniu w ramach Sojuszu nie są wyrwane z kontekstu. Z kontekstu nie jest również wyrwane doświadczenie Hillary Clinton i jej doradców. Warto brać to wszystko pod uwagę przy kreśleniu geopolitycznych scenariuszy. Tym bardziej że fenomen Trumpa nie wygląda na zjawisko sezonowe.