Muzyka rockowa i hip-hop, dwa najbardziej społecznie zorientowane gatunki muzyczne, od lat stały po lewej stronie. "Born down in a dead man's town / The first kick I took was when I hit the ground" i dalej "Born in the U.S.A., I was born in the U.S.A." – śpiewał Bruce Springsteen, który zwracał uwagę na los zwykłego człowieka w małomiasteczkowej degrengoladzie. Od lat społeczność raperów nawoływała do walki z rasizmem, ksenofobią, zabierała głos zawsze, kiedy czarnoskóry mieszkaniec ginął od kuli wystrzelonej przez policjanta. Jednak wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych muzycy zaczęli dbać bardziej o to, by podobać się i zabiegać o lajki oraz followersów, niż mówić o ważnych sprawach. Najbardziej karykaturalnie wygląda tu legenda rapu – Kanye West pokazujący wielki tyłek swej żony Kim Kardashian. Nie zachęca do podniesienia pięści w górę Beyonce, wyśpiewująca o tym, że fajnie jest mieć pierścionek na palcu.

To co było esencją, smakiem muzyki, w świecie Instagrama oraz Facebooka przestało się liczyć. Kiedy U2 mówi o czymś ważnym, traci fanów na Facebooku, a na głos jedynego prawdziwie zbuntowanego, czyli Neila Younga (który 12 listopada skończy 71 lat!) upominającego się o prawa amerykańskich farmerów w walce m.in. z gigantem Monsanto nikt nie zwraca uwagi. To nie nadaje się na status na Facebooku w kontrze do nowej kolekcji od kreatora mody czy wakacji na jachcie w okolicach Bali. 

Kiedy gwiazdy popierały Clinton, Donald Trump mówił o tym, że ludziom ma się żyć lepiej. Bez względu na to, czy konfabulował, pewny siebie obiecywał, że rozkręci przemysł, obroni Stany Zjednoczone nawet kosztem uwikłania się w wielkie wojny handlowe z Chinami, nawet kosztem wybudowania muru na granicy z Meksykiem i kosztem popsucia relacji z partnerami z Europy.

Świat skupiony wokół Hilary Clinton niejednokrotnie – w kontrze do seksistowskich, pełnych wulgarności uwag na temat kobiet wygłaszanych przez Trumpa – mówił o konieczności przebicia szklanego sufitu, o walce o prawa kobiet. Bo prawdą jest, że żadna kobieta jeszcze mocarstwem nie kierowała, a Hilary Clinton mogłaby przetrzeć tu szlak w – skądinąd słusznej – walce. Ale podobnie jak w sprawie słynnego muru na granicy z Meksykiem i powstrzymania fali latynoskiej imigracji nie miało to żadnego znaczenia. Większość białych kobiet głosowało na Trumpa. Większość Latynosów głosowało na Trumpa. Bo skoro w naszym świecie wartości przestały się liczyć, trzeba było zagłosować na tego, kto obiecuje bezpieczeństwo i sytość żołądka.

W czasach niepewnych, w których dawne sojusze zmieniają się w mgnieniu oka, w czasach, w których protesty w sprawie wojny pomiędzy dwoma wielkimi państwami w Europie wydają się zabiegami pro forma i w czasach, których autorytarnie zarządzane Chiny zalewają cały świat swoimi produktami, aż chce się pójść za głosem kogoś, kto krzyknie: „Uczyńmy Amerykę znów wielką”. Nawet jeśli gdzieś po drodze prawa mniejszości i walka o pełne prawa kobiet stracą na swym impecie.

Trump zrobił to samo, co pozwoliło na zwycięstwa w innych punktach świata – jak na Węgrzech i w Polsce dał swoją, większą obietnicę napełnienia kieszeni, jak w Wielkiej Brytanii obiecał, że „obcy”, którzy obierają miejsca pracy „naszym” zostaną powstrzymani. Nie musiał przy tym wczytywać się w szczegóły pomysłów typu „500+”. Wystarczyło trafnie odczytać nastroje społeczne, wygrać walkę o zmęczony i mocno zazdrosny o oglądane bogactwo internet, by sięgnąć po zwycięstwo. Tak jak to wystarczało na Węgrzech, w Polsce, w Wielkiej Brytanii, a zaraz pewnie wystarczy i we Francji.

Nawet gdyby Hilary Clinton podjęła jeszcze ostrzejszą walką o prawa kobiet, obiecywała mniejszościom coraz to większe zrównanie praw z takim podejściem mas nie miałaby szans. Bo te zazdroszczą swym idolom. A ci na pierwszym miejscu stawiają umizgiwanie się po internetową akceptację niż wywoływanie wojen o równość.

„George Bush is fuckin’ idiot” – mówił pod koniec jego kadencji będący wtedy u szczytu sławy Moby. „Change” krzyczały gwiazdy hip-hopu tuż przed wyborem Baracka Obamy na pierwszą kadencję. Wtedy im wierzono, bo podobnie jak i ludzie w małych miasteczkach, takich jak z „Born In The U.S.A.” Springsteena, ludzie potrzebowali zmiany. Wynik wyborów pokazuje, że teraz ci sami ludzie czują się oszukani już nie tylko przez polityków, ale i te gwiazdy, które za zmianą stały.

Donald Trump jest, był i będzie miliarderem. W tym sensie nazywanie go antyestablishmentowym (jak zrobił to dziś w liście gratulacyjnym polski muzyk i polityk Paweł Kukiz) jest pomyłką. Trudno podejrzewać, by biznesowy pragmatyzm z Trumpa nagle wyparował. A to sprawi, że prędzej czy później bunt znów zacznie kiełkować. Dla muzyki to mogą być cudowne czasy: najlepsze, bo najbardziej zbuntowane płyty zawsze powstawały podczas prezydentur republikańskich. Patrząc na język Trumpa można założyć, że to akurat nie ulegnie zmianie.