Od kilku lat głosi pan teorię, że Polska przeżywa swój Złoty Wiek. To jeszcze aktualne?
Marcin Piątkowski: Tak, Złoty Wiek trwa, ale jest zagrożony. Definiuję Zloty Wiek jako zmniejszający się dystans w poziomie życia w Polsce i na Zachodzie. Dziś dochód w Polsce wynosi około dwóch trzecich tego, co w Europie Zachodniej, a jakość życia uwzględniająca np. oczekiwaną długość życia, zdrowie czy niski poziom przestępczości jest nawet powyżej 70 proc. Te wskaźniki są najwyższe co najmniej od roku 1400. Za nami jest najlepsze 25 lat w całej tysiącletniej historii Polski. I my nadal będziemy się rozwijać szybciej niż Zachód, skracać do niego dystans.

To dlaczego mówi pan, że Złoty Wiek jest zagrożony?
Bo do tej pory robiliśmy to w bardzo szybkim tempie. Np. przez ostatnie dwadzieścia lat zwiększaliśmy nasz dochód na mieszkańca o 4.2% rocznie, prawie 3 pkt. procentowe szybciej niż np. w Niemczech. . A teraz wygląda na to, że nawet jeśli będziemy rosnąć szybciej niż Zachód – bo nawet w straconym dla gospodarki roku 2016 właśnie tak jest – to tempo tego nadganiania znacząco zwolni. Nasz dochód w tym roku wzrośnie tylko trochę ponad 1 pkt proc. szybciej niż Niemczech, mniej niż połowę tego co wcześniej. Perspektywy na przyszłość też są gorsze.

Dlaczego?
Zmiany instytucjonalne, zapaść inwestycyjna i ostatnia katastrofalna decyzja o obniżeniu wieku emerytalnego spowolni doganianie Zachodu. Już za kilka lat możemy wręcz przestać go doganiać i wtedy rzeczywiście polski Złoty Wiek się skończy.

Ale w rządzie jest wicepremier Mateusz Morawiecki, który przecież jasno deklaruje, jak ważne dla niego jest wysokie tempo wzrostu gospodarczego, szukanie nowych bodźców wzrostu. Jest rządowy Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. To pana nie przekonuje?
Decyzja Sejmu o obniżeniu wieku emerytalnego praktycznie niweczy wszystkie potencjalnie pozytywne efekty planu Morawieckiego – i to jest problem. Ona całkowicie podważa cele tego programu. To jedna z najbardziej populistycznych decyzji od 1989 roku stawiająca Polskę, niedawnego prymusa zmian, na pozycji kraju, któremu już nie do końca można ufać. To zła wiadomość dla bardzo napiętego budżetu i dla publicznego długu, który już niedługo może zbliżyć się do konstytucyjnej granicy 60 proc. PKB oraz dla podaży pracy i dalszego rozwoju. Jej efekt w dużym stopni zniesie potencjalnie pozytywne efekty programu 500+. Z punktu widzenia doganiania Zachodniej Europy, odrabiania wielowiekowego zacofania i wydostawania się z europejskich peryferiów, Polska strzeliła sobie właśnie samobója. Sam program oceniam pozytywnie, on idzie w dobrym kierunku, tylko na razie nie wiadomo jakie są praktyczne owoce tego programu. Oprócz tego, że był szeroko konsultowany i został ładnie napisany. Nie wiemy, jak rzeczywiście wpłynie na gospodarkę.

Wicepremier Morawiecki prezentuje właśnie tzw. konstytucję dla biznesu. To próba uporządkowania otoczenia prawnego dla działalności gospodarczej w Polsce. Czy to nie pomoże gospodarce?
Każdy krok do przodu cieszy, ale po decyzji o emeryturach to może być jak malowanie samochodu, któremu ukradziono koła. Zrobiono coś, czego negatywnych skutków nie przełamie żadna konstytucja dla biznesu. W Polsce nie jest już wcale tak trudno prowadzić działalność gospodarczą, wbrew narzekaniu polskich przedsiębiorców. Warunki do prowadzenia biznesu są najlepsze w historii, chociaż dalej dalekie od ideału Wskazują na to międzynarodowe rankingi, jak choćby ranking Doing Business. Oczywiście zawsze można coś poprawić, usprawnić, odbiurokratyzować. W każdym kraju zawsze i wszędzie. Ale sądzę, że jeśli konstytucja będzie miała jakieś efekty to raczej niewspółmiernie małe wobec efektów obniżenia wieku emerytalnego i negatywnych zmian instytucjonalnych.

Co w takim razie zrobić, że wrócić na ścieżkę szybkiego doganiania Zachodu?
Program wyborczy PiS, jak i Plan Morawieckiego mówiły o inwestycyjnym boomie. Po roku okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie, że mamy dwucyfrowy spadek inwestycji.. Niepewność co do tego, jak w Polsce będzie przestrzegane prawo i jaka będzie prowadzona polityka gospodarcza sprawiła, że prywatny biznes przestał inwestować. Miał rosnąć eksport, a ten ledwie zipie mimo super konkurencyjnego kursu złotego, który powinien eksporterom pomagać. W konsekwencji, zamiast 4-proc. wzrostu PKB w tym roku, na który bardzo liczyliśmy – bo przecież mamy historyczny program 500+, który jest stymulatorem fiskalnym jakiego jeszcze nie było – będziemy mieli w najlepszych przypadku ledwie 3 procentowy. To oznacza wielką straconą szansę. Bezpowrotnie tracimy jakieś 18 mld zł, bo tyle jest wart dodatkowy 1 proc. PKB, którego nie wytworzymy. Czyli w kieszeni każdego Polaka nie pojawi się ok. 500 zł dodatkowego dochodu rocznie. To jest miara porażki pierwszego roku.

Może zastój inwestycji jest przejściowy, skończy się, gdy ruszą programy unijne?
Oczywiście, to pomoże koniunkturze. Ale tempo wzrostu w okolicach 4 proc. PKB staje pod dużym znakiem zapytania. Raczej skończy się w okolicach 3 proc. PKB, dużo poniżej oczekiwań, możliwości polskiej gospodarki i naszych ambicji

No ale przecież wypłaty dodatków na dzieci dopiero ruszyły w tym roku. W pełnym wymiarze program będzie działał w roku przyszłym.
Po tym jednorazowym impulsie pieniądze z programu będą się już rozkładały na szeroką konsumpcje i efekt statystyczny będzie zanikał. To jest za mało. Trudno takim programem podtrzymywać koniunkturę. Dla długoterminowego rozwoju kluczowe są inwestycje. A one spadają. I to jest największa klęska dotychczasowej polityki.

Co zrobić, żeby zachęcić do inwestowania?
Ograniczyć niepewność. Takie działanie, jak obniżenie wieku emerytalnego to wysłanie do wszystkich inwestorów sygnału, że obecny rząd może podejmować populistyczne i szkodliwe dla gospodarki decyzje.. Poza tym inwestycje prywatne sa związane w dużym stopniu z publicznymi – które przecież stanęły. Mamy tu duże opóźnienie, którego nie wiadomo czy uda się nadrobić. Mamy teraz największą szansę w całej historii Polski, żeby po raz pierwszy dogonić Zachód. Ale z taką polityką ta szansa nam ucieka.