Przypomnę: jedna danina zamiast PIT i składek miała być punktem wyjścia do uporządkowania opodatkowania pracy w Polsce. Straszny tu mamy bałagan: jedna pensja, a dwie podstawy do wymierzania danin. Ich samych cała lista: pracownik płaci podatek, składkę emerytalną, składkę rentową, składkę zdrowotną, składkę chorobową. Pracodawca dorzuca od siebie drugą część składki emerytalnej i rentowej, składkę wypadkową, składkę na Fundusz Pracy i na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Zebranie tego do kupy w podatek jednolity miało uprościć system, zaoszczędzić czas płatników i poborców i – przede wszystkim – dać rządowi większą swobodę w rozdzielaniu pieniędzy w budżecie.

Założenie, że wielkość składników nowego podatku można elastycznie kształtować (bo dziś wielkości składek są regulowane w wielu ustawach, często bez związku ze sobą), było punktem wyjścia do dostosowania wysokości opodatkowania pracy. Dziś jest tak, że przy niskich dochodach łączne obciążenie tymi kosztami jest wyższe, gdy porównać je z tym, co pracownik dostaje na rękę, niż przy dużych zarobkach. To tzw. obciążenie degresywne, malejące wraz z dochodem. Wynika to z konstrukcji PIT, ale przede wszystkim z zasad pobierania składek, w tym słynnej 30-krotności – czyli zaniechania ściągania składki na ZUS, gdy dochód w ciągu roku przekroczy 30-krotność średniej pensji.

O głównych celach podatku jednolitego nikt nie pamięta, bo rząd dość nieudolnie go przedstawiał. Najpierw zaliczył spektakularny falstart. Projekt niedopracowany w takich sprawach, jak opodatkowanie działalności gospodarczej, szybko zamienił się w jakąś nową formułę janosikowego, pomysł na zabranie bogatym, by dać biednym. Tym bardziej że podatek jednolity uznano za świetną okazję do załatwienia kluczowej wyborczej obietnicy, czyli podwyższenia kwoty wolnej do 8 tys. zł. Jak to przedstawiano? Zwolnimy z podatku dochód do 8 tys. zł, ale jednocześnie wprowadzimy stawkę najbogatszym na tyle wysoką, by odebrać to, co zyskują na 30-krotności. W ten sposób to bogaci sfinansują podniesienie kwoty wolnej, przy czym w kategorii najbogatsi zmieszczą się też wszyscy prowadzący działalność gospodarczą i rozliczający się dziś liniowym 19-proc. PIT-em. Nie ma zresztą innego wyjścia, bo inaczej „najbogatsi” zaczną uciekać w działalność gospodarczą i cała konstrukcja runie.

Efekty? Środowisko przedsiębiorców zaczęło protestować. A to na tym środowisku rządowi bardzo zależy. Zaczęło się więc wielkie odkręcanie podatku jednolitego: przedsiębiorcy najpierw mieli dostać „premię” (choć nie wiadomo jaką), potem jakieś „preferencje”, na końcu stwierdzono, że liniowe opodatkowanie zostaje i na pewno nikt niczego nie straci. Sama zmiana będzie, ale „nie jakaś dramatyczna”. Czyli jaka? Taka, by spełniać wcześniejsze zapowiedzi PiS, przy czym można je różnie nazywać: zwiększaniem poziomu redystrybucji, dostosowaniem progresji podatkowej, zmniejszaniem obciążeń najmniej zamożnym i ich zwiększaniem dla tych bardziej zamożnych. Można to zrobić znacznie prościej niż męcząc się nad strukturalnym novum pod nazwą „podatek jednolity”. Może będą to zmiany we wspólnym opodatkowaniu małżonków (ci bogaci mieliby stracić to uprawnienie), może dołoży się wysoką stawkę powyżej 30-krotności (dziś to około 122 tys. zł). A może pomajstruje się trochę przy kwocie wolnej. Nie wszyscy muszą mieć 8 tys. zł, kwota może być przecież degresywna (maleć wraz ze wzrostem dochodu). Można też opodatkować dochód do 8 tys. zł stawką zero, a każdy wyższy stawką 18 proc. (ale liczoną dla całości, a nie tylko nadwyżki ponad 8 tys. zł). Można zastosować kilka tych zabiegów w połączeniu. Efekt będzie ten sam. Tylko że nie będzie to miało zbyt wiele wspólnego z systemową reformą.