Tym samym w ramach akcji "100 zmian dla firm" niemal 20 można już odhaczyć. Radość jednak była krótka. Okazało się bowiem, że dwóch posłów było przeciw planowi Morawieckiego. I tak jak dwie nieśmiało uniesione w górę ręce nie robią wrażenia, tak gdy jedna z nich unosi się z ław rządowych - sytuacja się zmienia.

Wicepremier Mateusz Morawiecki oraz podlegli mu urzędnicy o projekcie zmian w prawie dla przedsiębiorców mówili w sposób stanowczy, niekiedy zerojedynkowy. "Państwo musi zaufać przedsiębiorcom, do tej pory nie ufało", "Potrzebne są podstawowe zasady, których władza publiczna musi przestrzegać - słyszeliśmy. A gdyby to kogoś jeszcze nie przekonało, to resort rozwoju użył też siły pieniądza: "oszczędności dla przedsiębiorców i obywateli wynikające z mniejszych obciążeń administracyjnych powinny wynieść ok. 230.000.000 zł w pierwszym pełnym roku obowiązywania ustawy".

Zbigniew Ziobro pozostał jednak nieugięty. Zagłosował przeciwko. Czasem zdarzają się co prawda pomyłki, ale jeśli w tym przypadku by do niej doszło - byłaby ona podwójna. Bo drugim przeciwnym ustawie parlamentarzystą był kolega Ziobry z Solidarnej Polski, Piotr Uruski.

O to, dlaczego minister sprawiedliwości był przeciwko, zapytałem dziś jednego z posłów PiS. Spotkałem go na siłowni. Zdziwiłem się, bo stało się to raptem kilkadziesiąt godzin po tym, jak – przynajmniej jeśli wierzyć wskazaniom opozycjonistów z Platformy Obywatelskiej – złamano mu kręgosłup. Niniejszym zaprzeczam: kręgosłupy parlamentarzystów PiS, bazując przynajmniej na tym jednym przykładzie, mają się całkiem nieźle.

Ale wróćmy do Zbigniewa Ziobry… Otóż usłyszałem, że pozycja polityczna ministra sprawiedliwości słabnie z dnia na dzień. Podgryza go przede wszystkim Jarosław Gowin, co jest dostrzegalne na przykładzie debaty o komisji weryfikacyjnej w sprawie reprywatyzacji. Sam Gowin nie ma zbytnio wyjścia, bo od niego z kolei – jeśli wierzyć przepoconemu człowiekowi z ręcznikiem na głowie – oddala się Konstanty Radziwiłł, do niedawna bliski współpracownik Gowina, a obecnie coraz bliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego. Obaj szefowie partii przybocznych – Solidarnej Polski i Polski Razem – walczą o to, by nie stać się przystawkami, które będzie łatwo połknąć.

Z kolei Sejmie nadal kluczowym sporem jest ten o Trybunał Konstytucyjny. Jest on rozgrywany przez partię, w zasadzie z pominięciem Ministerstwa Sprawiedliwości. Pilotuje sprawę najbardziej zaufany człowiek, czyli Stanisław Piotrowicz.

Zbigniew Ziobro musi więc szukać sobie miejsca na politycznej mapie. I przez ostatni rok czynił to w sposób całkiem udany. Wiele projektów powstałych bądź zapowiedzianych przez resort wygląda przekonująco. Rzecz w tym, że Ziobro – przekonując do siebie zwykłych obywateli – musi grać trochę pod publiczkę. Postuluje więc zwiększanie kar oraz ściślejszą kontrolę nad potencjalnie łamiącymi prawo. Znacznie bliżej mu do maksymy "kontrola najwyższą formą zaufania" niżeli wskazania, że "zaufanie zamiast kontroli". Takie też zresztą zadanie osoby odpowiedzialnej w rządzie za sprawiedliwość. Trudno za to prokuratora generalnego obwiniać.

Ministrowi Ziobrze po prostu nie może być po drodze z wicepremierem Morawieckim. Tym bardziej, że jeśli sprawdziłyby się przypuszczenia niektórych ekspertów i zwiększone zaufanie do biznesu byłoby nadużywane przez samych przedsiębiorców, kłopot do rozwiązania miałby przecież minister sprawiedliwości, a nie rozwoju.

W najbliższych tygodniach do Sejmu trafi kolejnych kilka ustaw przygotowanych w resorcie kierowanym przez Mateusza Morawieckiego. Wszystkie oparte są na jednej zasadzie: upraszczamy prawo dla firm i liczymy, że biznes nie nadużyje okazanego zaufania. Najciekawsze pytanie teraz jednak nie brzmi wcale, czy ustawy wejdą w życie (bo wejdą), lecz czy poprze je osoba odpowiedzialna w rządzie za jeden z najważniejszych resortów: Ministerstwo Sprawiedliwości. Jeżeli nie, to polityczna wiosna może być znacznie ciekawsza, niż wszyscy sądzimy.