Za kilof grzecznie podziękowałam - po dziewięciu latach pracy związanej z górnictwem mam chyba pięć własnych. Ochronne kaski też mam - tak dla ścisłości. Ale nie poszłam z nimi pod Sejm. I nie dlatego, że akurat wróciłam ze Śląska i nie bardzo miałam jak. Nie poszłam dlatego, że ja protesty i manifestacje opisuję, a nie biorę w nich udziału. Zwłaszcza, że przed Sejmem protestowali przecież nie tylko moi koledzy po fachu.

Ja protest dziennikarzy rozumiałam trochę inaczej, a akcję #DzieńBezPolityków przyjęłam w piątek ze sporym entuzjazmem. Chętnie nie oglądałabym żadnego polityka nawet dłużej niż dobę. Niestety jednak rozumiem też kolegów, którzy nie mogli zrezygnować z relacjonowania cyrku, z którym w piątek wieczorem mieliśmy do czynienia na Wiejskiej. Gdyby bowiem protestowali, nie wiedzielibyśmy, co dzieje się w Sejmie. A że działo się źle, to nie ulega wątpliwości. Skandaliczny sposób przyjęcia ustawy budżetowej na 2017 r. jest tu pierwszym i najważniejszym przykładem.

Dlatego wydawało mi się, że nasz protest powinien być chyba oczywisty – i dla Czytelników, i dla Radiosłuchaczy, i dla Telewidzów. Ale gdy czytam Twittera i Facebooka, odnoszę wrażenie, że nie dla wszystkich jest on tak jasny. Ludzie bowiem tak bardzo przywykli do mediów, że te media (a tym samym dziennikarze) strasznie im spowszedniały. Wydaje im się, że one po prostu są i czy jakiś dziennikarz wejdzie do Sejmu, czy nie, to informacje i tak będą. Bo zawsze przecież są.

Nie - nie chodzi mi o to, że ktoś nie docenia naszej pracy. Media po prostu dla wielu są dziś integralną częścią życia – czy to social media, czy tradycyjne gazety, przecież radio gra nam wszędzie, o telewizji nie wspominając.

I naprawdę nie rozumiem zdziwienia tym, że protestujemy przeciwko zmianom zasad pracy dziennikarzy w Sejmie. Ba, zasady miały obowiązywać od nowego roku, tymczasem marszałek Kuchciński raczył już w sobotę zakazać dziennikarzom wstępu do Sejmu do odwołania. I to dziennikarzom posiadającym stałe przepustki...

Widocznie zdziwionym jest wszystko jedno, co wybrani przez nich posłowie czy senatorowie robią za ich pieniądze. I przyznam, że mnie właśnie to zaskakuje. Bo gdy chodzę na komisje sejmowe (skarbu i energii ostatnio skończyła się o 2.30 – nie ma za co...), to wiem, że nigdy nie powiem: "w życiu to nic już mnie nie zdziwi".

Ja mogę opowiedzieć coś z własnego ogródka. A dotyczy to szerszego kontekstu niż planowane zmiany w Sejmie. Jeden pan minister pisze mi wywiad od nowa, myląc autoryzację z cenzurą (tak, wywiad był nagrany). Inny przekłada wywiad na „po Krynicy” i do dzisiaj nie ma czasu (dla mnie oczywiście). Jeszcze inny na mój widok zwykł mawiać: „o, Baca”, a służbom prasowym ze spółek górniczych poleca szukać jakichkolwiek błędów w moich tekstach, bo przecież ja mu górnictwa reformować nie będę. A ministerstwa, z którymi się kontaktuję, zwykle udają, że mail wpadł do spamu. Na odpowiedź rzadko można liczyć.

PiS postanowił wychować sobie dziennikarzy, ale ja po prawie 20 latach pracy w tym zawodzie raczej się nie boję. I nawet się nie skarżę, bo politykiem się bywa, a dziennikarzem się jest. Natomiast na pewno nie zgodzę się na to, by ktoś bezpodstawnie utrudniał mi moją pracę. Bo o tym, czy ja jestem na swoim stanowisku, decydują moi przełożeni. A o tym, że ktoś jest posłem, decyduję ja. I pan. I pani też. Tak, pan także.

Niemniej jednak dziś po rozmowach z górnikami protestującymi w obronie likwidowanych kopalń "Makoszowy" i "Krupiński" potrafiłam sobie wyobrazić sytuację, w której warszawskie protesty łączą się ze śląskimi. Specjalnie nie mówię tu już o proteście dziennikarskim, bo teraz przed Sejmem nie protestują tylko dziennikarze (i chyba przede wszystkim dlatego mnie tam nie ma; tym bardziej, że widziałam, jak traktowano tam dziennikarzy TVP). Ale skoro górnicy wspierali już m.in. pielęgniarki i nauczycieli, to nie jestem pewna, czy nie wykorzystają okazji. Zwłaszcza, że już kilka dni temu zapowiadali, że jeśli polityka rządu się nie zmieni, wizyta w stolicy wcale nie jest wykluczona. A wszyscy pamiętamy, jak te górnicze wizyty potrafią wyglądać...

- Wie pani, bo w razie czego, to pomożemy - usłyszałam od kolejnego z górników. Mam nadzieję, że potrzeby nie będzie. Bo wierzę, że jest jeszcze szansa, by to wszystko odkręcić i dogadać się w cywilizowany sposób.

I jeszcze jedno - jeśli górnicy faktycznie przyjadą, to ja nie mam z tym nic wspólnego.