DGP: Noworoczne wydarzenia w Ełku pokazały, jak niewiele trzeba, żeby wzbudzić niepokoje w tym kluczowym dla bezpieczeństwa kraju obszarze. Czy tak właśnie mógłby wyglądać początek hybrydowego konfliktu?

Anna Maria Dyner: Służby każdego państwa narażonego na działania hybrydowe powinny z bardzo dużą uwagą podchodzić do incydentów takich jak w Ełku – które łatwo mogą ulec eskalacji, zgodnie ze znanym od dawna mechanizmem. Warto pamiętać, że pogromy zaczynały się od takich właśnie drobiazgów.

Co jest najważniejsze w odpowiedzi państwa na takie sytuacje?

Czas i szybkość reakcji. To oznacza, że pierwsza reagować będzie policja. Na nią spada obowiązek sprawdzenia, jaki charakter ma dane wydarzenie. Czy wiąże się z wrażliwymi społecznie kwestiami, jakie jest prawdopodobieństwo eskalacji. Stopień reakcji musi być dopasowany do odpowiedzi na te pytania. To może być chuligański wybryk bez żadnego znaczenia. Ale może też zdarzyć się, że konflikt zostanie podsycony przez zainteresowaną stronę i rozwinie się niewspółmiernie do pierwotnego wydarzenia. Dzisiaj możemy się tylko zastanawiać, co by było, gdyby operacja antyterrorystyczna w Donbasie w kwietniu 2014 r. została przeprowadzona zgodnie ze sztuką.

Jak dochodzi do eskalacji przy takich incydentach?

Zaczyna się od powszechnie używanego języka. Operując nim w przestrzeni publicznej, stwarza się pewne zagrożenie – na przykład wielokrotnie mówiąc, że „uchodźcy to terroryści” – co powoduje, że stwierdzenie zaczyna żyć własnym życiem. Niewiedza, strach, plotka stanowią podatny grunt dla takich incydentów. Wszystko, co uderza w kwestie narodowościowe, religijne, co dotyczy rzeczy, których ludzie się boją – np. terroryzmu – powinno stanowić dla służb sygnał, że dany incydent należy traktować poważnie. Czasami warto wysłać jeden oddział więcej niż dopuścić do eskalacji wydarzeń. Ważne jest też szkolenie oddziałów prewencji mające na celu minimalizację ryzyka przeniesienia gniewu na siły porządkowe (szkolenia tego typu są np. prowadzone przed wielkimi imprezami sportowymi).

Przestrzeń powietrzną nad przesmykiem suwalskim naruszały swego czasu rosyjskie drony.

Celnicy z Olsztyna podkreślają, że część z nich jest wykorzystywana do przemytu, ale problem w tym, że nie wiadomo, kto miałby je przechwytywać i w jaki sposób. Bo nie wiadomo, jak traktować takie naruszenie przestrzeni powietrznej. W klasycznym konflikcie wiadomo, kto ma do kogo strzelać, w hybrydowym sprawa nie jest taka jasna. Państwo nie zdążyło jeszcze wypracować odpowiedzi na tego typu zagrożenia. Konflikt hybrydowy polega na tym, aby wykorzystywać również tę słabość – brak wypracowanych mechanizmów odpowiedzi.

Czy takie incydenty mogą stanowić swoiste „stress testy” umiejętnej odpowiedzi ze strony państwa?

Oczywiście, podobnie jak w innych konfliktach. Na przykład naruszając celowo przestrzeń powietrzną drugiego państwa, można sprawdzić jego czas reakcji – kiedy i gdzie podrywane są myśliwce. Bez wątpienia Rosjanie z uwagą obserwują, co się dzieje w Ełku. Potencjalnie taki incydent może też być wykorzystany jako element wojny informacyjnej. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ofiarami agresji padają obywatele rosyjscy. Bez wątpienia zostałoby to wykorzystane przez rosyjską propagandę.

Na ile ocenia pani prawdopodobieństwo, że Polska padnie ofiarą takiej prowokacji, która szybko przerodzi się w coś większego?

Jest niewielkie. O ile w przypadku Estonii i Łotwy – w krajach, w których jest znacząca mniejszość rosyjska – takie sytuacje można byłoby wykorzystać do wpływu na władzę, czy też jej przejęcia, o tyle Polska jest znacznie twardszym orzechem do zgryzienia. Nie ma u nas prorosyjskiego zaplecza, które mogłoby skorzystać na takim incydencie.