Ta, tzw. liberalna, lewicowa Polska
Jest filosemicka.

I uważa, że Polacy to antysemici, szmalcownicy, mordercy z Jedwabnego...
Problem w tym, że nie udało się w tych sprawach stworzyć jednej, spójnej narodowej opowieści.

Była szansa?
Była. Wtedy, kiedy zaczęto głośno mówić o Jedwabnem. Proszę zauważyć, jak został zasymilowany przez społeczność Kielc i Polski w ogóle pogrom kielecki. Przyjęto go z bólem i goryczą, bito się w piersi i sprawa tak naprawdę została załatwiona. W Jedwabnem inaczej się stało. I myślę, że jest w tym duża wina Tomasza Grossa, który z rozmaitych względów zachował się nieodpowiedzialnie i nie jak profesjonalny historyk.

Z jakich względów?
Gross jest więźniem takich samych stereotypów jak antysemici. Napisał książkę – o rzeczach strasznych i prawdziwych – ale „pod publiczkę” Zachodu. A „publiczka” Zachodu jest... Opowiem pani historię. Natknąłem się w Akademii Amerykańskiej w Rzymie na panią historyk z dobrej żydowskiej kalifornijskiej rodziny, która zajmowała się jakoby Holokaustem, choć w istocie nic o nim nie wiedziała i nie chciała wiedzieć. Powiedziała do mnie tak: „Może i byli Polacy, którzy pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy masowo tworzyli ochotnicze dywizje SS”.

Co pan zrobił? Wykład?
Nie, powiedziałem: „Precz!”. Co więcej mogłem? Za jej słowami stoi wina Żydów amerykańskich. Adam Michnik kiedyś o nich powiedział, że antypolonizm tych środowisk jest równym paskudztwem, jak antysemityzm Polaków. Oni nie mają żadnego poczucia winy za Holokaust, choć w czasie wojny nie wierzyli, że „cywilizowani” Niemcy mogą robić takie straszne rzeczy. Po wojnie do Ameryki wyjechali ci, którzy ocaleli, a byli to ludzie różni, na przykład żydowscy policjanci z Gęsiówki. Oczywiście, ocaleli też inni, uratowani przez Polaków. Proszę zauważyć, że w świecie nie mówi się o holenderskim czy francuskim antysemityzmie, a Francuzi przecież mają straszne rzeczy na sumieniu. Szymon Szurmiej był członkiem Prezydium Światowego Komitetu Kultury Żydowskiej, do którego należała też Simone de Beauvoir. I debatowano tam kiedyś, gdzie zbudować pomnik ofiar antysemityzmu. Ktoś zaproponował, że może w Polsce. I de Beauvoir się oburzyła: „Jak to w Polsce, w tym antysemickim kraju!”. Na co Szurmiej ze spokojem odpowiedział, że lepiej we Francji. I on wie nawet, gdzie należy taki pomnik postawić: w miasteczku Vichy. De Beauvoir wstała i wyszła, trzaskając drzwiami. A wcześniej, kiedy w Café de Flore zasiadała wraz z Sartre’em i innymi ze śmietanki towarzyskiej ówczesnego Paryża, tocząc wyrafinowane konwersacje z niemieckimi intelektualistami w mundurach, mogła uratować swoich żydowskich przyjaciół. I tego nie zrobiła. Czy pani wie, że Niemcy chcieli wywieźć do obozów jedynie żydowskie dzieci powyżej drugiego roku życia, a francuskie władze zaproponowały, by wywieźli też młodsze. W wierszowanym życiorysie Rolanda Topora, który – podobnie jak jego rodzice i siostra – musiał się ukrywać, nie przypadkiem jest takie zdanie: „Od łapanki, do łapanki, Niemiec, Francuz – dwa bratanki…”. Do dziś zresztą Francuzi nie rozliczyli się z niesłychanej kolaboracji, ze strasznego antysemityzmu i nagminnego donosicielstwa. Nikt prawie nie chce pamiętać o francuskich, skandynawskich, holenderskich czy belgijskich dywizjach SS. A sprawa mordu w Jedwabnem – także za sprawą Grossa – została rozciągnięta na wszystkich Polaków. Poza tym winnym zbrodni mieszkańcom Jedwabnego, Radziłowa i innych wsi z okolicy nie pozwolono dojrzeć do winy. To był chyba podstawowy błąd. Jedwabne było szarpnięciem, na które ani ludzie stamtąd, ani całe społeczeństwo polskie nie było gotowe. A jak nie było gotowe, to znaczy, że się przeraziło własnego zła, a taki lęk budzi agresję. I potrzebę odepchnięcia winy za wszelką cenę, także za cenę kłamstwa.