PATRYK SŁOWIK: Emocjonujemy się procesem w sprawie zabójstwa Ewy Tylman, który trwa przed sądem w Poznaniu. Prokuratura nie dysponuje żadnym bezpośrednim dowodem, że oskarżony o morderstwo mężczyzna faktycznie tę zbrodnię popełnił. Tak więc za każdym razem pada sformułowanie, że jest to proces poszlakowy. Jednak każdy z ekspertów przepytywanych przez media inaczej tłumaczy to, czym właściwie jest taki proces.

PIOTR GIRDWOYŃ: Trudno się temu dziwić, bo nikt tak naprawdę do końca nie wie, czym on jest. Każdy prawnik może mieć swoją definicję.

Zakładam jednak, że jest jakaś definicja przyjęta przez doktrynę, być może orzecznictwo.

I tak, i nie. Ostatnia monografia poświęcona procesowi poszlakowemu pochodzi bodaj z 1970 r. A przez te 47 lat trochę się w nauce, także w kryminalistyce, zmieniło. Ale żeby odpowiedzieć na pytanie, musimy wpierw wiedzieć, czym jest poszlaka. Tu są co najmniej trzy koncepcje. Zgodnie z tą najpowszechniej uznawaną to dowód pośredni. Przykładowo nie mamy zeznań naocznego świadka, lecz jedynie świadka, który coś widział, coś słyszał – jednak to za mało, by uznać, że jego zeznania same w sobie stanowią mocną podstawę do wydania wyroku skazującego. I proces poszlakowy to taki, w którym – mówiąc najprościej – mamy kilka poszlak, ale nie dysponujemy choćby jednym dowodem, który świadczyłby w niezbity sposób o winie oskarżonego. Mamy więc do czynienia z puzzlami, które trzeba ułożyć, aby objawił się nam całościowy obraz.

Część prawników twierdzi, że mamy ogrom procesów poszlakowych, inni – że pojęcie to jest nadużywane i wcale nie ma ich tak wiele. Do którego podejścia panu bliżej?

Moim zdaniem procesów poszlakowych jest dużo. Znajdujemy odbitkę linii papilarnych na miejscu zdarzenia – samo w sobie jest to poszlaką. Ktoś miał motyw – kolejna poszlaka. Zgadza się grupa krwi – poszlaka. Oskarżony chwali się na Facebooku, że w łatwy sposób zarobił pieniądze – następna. Niewiele jest spraw, w których występuje naoczny świadek, który widział, jak sprawca wbija ofierze nóż prosto w serce.

A przypomina pan sobie film Sidneya Lumeta „12 gniewnych ludzi”? O winie młodego chłopaka zaświadczają naoczni świadkowie morderstwa. I dopiero wraz z dociekliwością przysięgłych, zaciekle debatujących nad surowością wyroku, okazuje się, że świadkowie się mylili.

Oczywiście, że pamiętam. Dlatego próba zdefiniowania procesu poszlakowego jest tak skomplikowana. Bo – trzymając się podanego przez pana przykładu – wydaje nam się, że mamy niezbity dowód bezpośredni. A w toku postępowania okazuje się, że dysponujemy zaledwie jednym z puzzli większej układanki. I do ułożenia obrazka kończącego się orzeczeniem „winny” wiele brakuje. Nie trzeba zresztą bazować na zagranicznym filmie, by zastanawiać się, jaka jest rola świadka w procesie.

Zakładam, że nawiązuje pan do najsłynniejszego procesu poszlakowego w Polsce – sprawy Rity Gorgonowej.

Właśnie. Gorgonowa, guwernantka, trafia w 1932 r. na ławę oskarżonych. Zarzut: zabójstwo córki architekta, któremu prowadziła dom i z którym była w związku. Zbrodnię miał dostrzec brat zabitej, Staś. Twierdził, że sprawczynią była Gorgonowa, którą poznał m.in. po futrze. Rzecz w tym, że pokój, w którym dokonano zabójstwa, był kiepsko oświetlony, a Staś widział sprawcę od tyłu. Czy w takiej sytuacji mamy do czynienia ze świadkiem naocznym zdarzenia? Formalnie rzecz biorąc – tak. Ale mimo wszystko cały proces uznać należy za poszlakowy.

Sprawą Gorgonowej żyła cała przedwojenna Polska. My kilka lat temu żyliśmy sprawą zabójstwa Madzi, teraz – śmierci Ewy Tylman. Adwokat guwernantki, Maurycy Axer, grzmiał w sądzie, że „ulica już wydała wyrok na Gorgonową”. To mnie skłania do pytania, skąd taka popularność procesów poszlakowych w opinii publicznej.

Przede wszystkim, jeśli obrońca oskarżonej mówi, że ulica już wydała wyrok – robi to w jakimś celu. Stosuje taką narrację, by przekonać sąd do niewinności swojego klienta. Tym więc bym się w ogóle nie przejmował. A popularność procesów poszlakowych wynika stąd, że po prostu jako społeczeństwo lubimy zagadki, niejasności, które ktoś na naszych oczach stara się rozwikłać. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela co ciekawego byłoby w sprawie, w której od początku mamy niezbite dowody winy oskarżonego? Show medialny by z tego nie powstał.

Właśnie, show medialny. Czy to nie przeszkadza sędziom orzekającym w sprawach, którymi żyje opinia publiczna?

Najprostsza, ale i prawdziwa zarazem, jest odpowiedź: to zależy. Dobremu sędziemu popularność sprawy nie powinna w niczym przeszkadzać. Mniej doświadczonemu – może, ale powinien sobie z tego zdawać sprawę i w momencie, w którym czułby, że traci obiektywizm, skorzystać z instytucji wyłączenia się. Pojawia się jednak wątpliwość, co w sytuacji, gdy sędzia nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że zaczyna być podatny na społeczne sugestie. Tego jednak w pełni nigdy nie unikniemy.

Sąd może jednak oszczędniej gospodarować prowadzonym procesem na potrzeby mediów. We wspomnianej sprawie zabójstwa małej Magdy dość szybko postanowił ograniczyć dostęp telewizji do sali sądowej. W sprawie Ewy Tylman zaś relacja medialna z pierwszego dnia procesu wysunęła się na pierwszy plan. Sama relacja stała się ważniejsza od tego, o co chodzi w sprawie.

To prawda. Myślę, że w przypadku procesu dotyczącego śmierci Ewy Tylman sąd nie przewidział, że telewizje zrobią wszystko, by sprawę transmitować. A te jednak dopięły swego. Choć sędzia nie zgodził się na nadawanie na żywo, stacje skorzystały z wybiegu proceduralnego – wprowadziły kilkuminutowe opóźnienie. Z drugiej strony nie chciałbym, aby sędziowie w imię własnej wygody ograniczali dostęp opinii publicznej do informacji na temat procesu. Jawność jest szalenie istotna. Dlatego też umiejętność balansowania na granicy, gdzie z jednej strony godzimy się z tym, że media żyją daną sprawą i potrzebują rzetelnych informacji, a nie domysłów, a z drugiej – opinia publiczna nie zaczyna wypaczać prowadzonego postępowania, to umiejętność, którą współcześnie sędzia musi posiąść.

Jaka jest rola rozwoju technologii i nowych technik kryminalistycznych? Zakładam, że to znacząco ułatwia sprawę.

A ja nie jestem o tym przekonany. Oczywiście to, że kryminalistyka się rozwija i mamy możliwość choćby przeprowadzenia badań DNA, to dobrze. A z drugiej strony czyhają też poważne pułapki. Mamy choćby do czynienia z czymś, co jest nazywane efektem CSI. To nieco tandetny, ale popularny amerykański serial o zespole dochodzeniowym, który rozwiązuje kryminalne zagadki. A robi to, korzystając z dobrodziejstw nauki, skomplikowanych badań oraz technologii, które często wymyślił scenarzysta. I wielu młodym ludziom rozpoczynającym karierę prawniczą – jak też osobom śledzącym procesy z pozycji kanapy stojącej naprzeciw telewizora – wydaje się, że można wykonać w zasadzie dowolnie wymyślone badanie. I, co więcej, jego wyniki otrzymamy za pięć minut. A tak nie jest. Zastosowanie technologii w kryminalistyce pozwala wyciągnąć wiele wniosków, ale nie udziela odpowiedzi na wszystkie pytania. Niestety, czasem przyczynia się także do fetyszyzowania wyników, choćby badań DNA. Robimy testy i wychodzi nam, że ujęto odpowiednią osobę. A odpowiedni wynik badania DNA to mimo wszystko poszlaka. Bardzo mocna, ale jednak poszlaka. Wie pan, że wynik w jego przypadku nie daje stu procent pewności poprawności?

Wiem. Ale mimo wszystko blisko stu procent.

99,99999 proc. Przy założeniu, że nie został popełniony błąd ludzki. Dlatego też rozwój nowoczesnych technologii upraszcza orzekanie w sprawach karnych, ale nie może go zastępować. Sędzia nie może także ślepo wierzyć w to, co znajduje się w opinii biegłego. Musi starać się zrozumieć, o co w niej chodzi, dopytywać, jeśli czegoś nie rozumie, a nie wierzyć na słowo. Aby doszło do skazania w procesie poszlakowym, zbiór poszlak musi nam się ułożyć w całość – w taki sposób, aby żadna inna możliwość nie była dopuszczalna.

Skoro zaś najbardziej wiarygodne badania dają nam zaledwie 99,99999 proc. pewności, czy można sobie wyobrazić stuprocentowe przekonanie, że dana sprawa wyglądała tak, jak to odtworzyliśmy w procesowej układance?

Z naukowego punktu widzenia – nie. Zawsze pozostanie promil wątpliwości.

To ja w tym momencie patrzę w kodeks postępowania karnego i widzę, że stoi tam jak byk: niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. 99,9 proc. pewności, że to dana osoba popełniła przestępstwo, to nie 100 proc.

Tak. Tyle że nie orzeka się przez pryzmat nauki, lecz raczej przez pryzmat psychologicznego przekonania sędziego, że oskarżony jest winny.

Chce pan powiedzieć, że tak naprawdę ktoś może być niewinny, lecz zostaje skazany, powiedzmy, na 25 lat pozbawienia wolności, bo sędzia był przekonany o winie?

Tak. Ale zarazem – jeśli rzeczywiście poszlaki układają się w logiczny ciąg, który prowadzi do wniosku, że inny przebieg zdarzenia był nieprawdopodobny – nie dostrzegam w tym nic strasznego. Wyrokowanie, też w sprawach karnych, ma wymiar ludzki. Ma to swoje mocne i słabe strony. Więc tak, może się zdarzyć przypadek, gdy ktoś niewinny zostanie skazany. A czy mamy alternatywę? Robię ze swoimi studentami taki prosty test. Najpierw ich proszę o to, by przypomnieli sobie, czy popełnili kiedyś jakieś przestępstwo. Większość z nas bowiem kiedyś jakieś popełniła. Ot, choćby ściągnięcie albumu muzycznego z torrentów. A następnie pytam ich, czy woleliby, aby orzekała w ich sprawie maszyna, która wszystko idealnie i bez emocji oceni, czy też by orzekał człowiek z krwi i kości. I powiem panu, że jeszcze się nie zdarzyło, by grupa chciała powierzyć swój los doskonałemu robotowi.

To przykład przemawiający do wyobraźni. Ale do mojej bardziej przemawia sprawa utopionego w 2001 r. w Wiśle czteroletniego Michałka. Proces jego morderców powtarzano trzy razy. Jak to możliwe, że jeden skład orzekający uznaje, iż nie ma niezbitych dowodów na zbrodnię, a drugi skazuje oskarżonych za zabójstwo? Może w sytuacji, gdy doświadczeni sędziowie uznają choć w jednym składzie, że sprawa nie jest jednoznaczna, oskarżeni powinni być wypuszczani na wolność?

To rzeczywiście istotny problem. W praktyce to, czy dojdzie do skazania, czy też uniewinnienia, może zależeć od tego, na jakich sędziów trafią oskarżeni dwa razy z rzędu. Wówczas, choćbyśmy znaleźli w kraju wielu takich, którzy mieliby wątpliwości w danej sprawie, może dojść do prawomocnego skazania. Ale tu wracamy do tego, że orzekanie w procesie sądowym nie jest wypadkową naukowych dowodów, lecz czynnością wykonywaną przez ludzi. Żyjemy w społeczeństwie, które na to się godzi. Kogoś musimy obdarzać zaufaniem. W tym przypadku – sędziów. Dwuinstancyjność postępowania oraz nadzwyczajny środek zaskarżenia w postaci kasacji to całkiem solidna gwarancja procesowa. Niedająca stu procent pewności, że w każdej sprawie wyrok skazujący będzie zgodny z rzeczywistością, ale najmocniejsza z możliwych.

W opinii publicznej panuje przekonanie, że brak ciała oznacza brak wyroku skazującego. To prawda?

Nie. Choć przez wiele lat toczyły się dyskusje na ten temat. Przemawiający do wyobraźni jest przykład, gdy ktoś zostaje skazany za zabójstwo, a po latach pojawia się rzekoma ofiara. Trudno o bardziej dobitny przykład sądowego błędu, które kosztowało kogoś wiele lat wolności. Ale z drugiej strony – choć ciało jest świetnym nośnikiem informacji, dzięki któremu możemy ustalić przyczynę zgonu, zebrać materiał genetyczny z ubrania – ciąg poszlak może nam się ułożyć w logiczną całość bez dysponowania ciałem ofiary. Wówczas, co zresztą potwierdził dobitnie Sąd Najwyższy w 2010 r., może dojść do skazania za zabójstwo.

Wyrok SN dotyczył głośnego procesu poszlakowego w sprawie Krystiana Bali, który został skazany za zabójstwo domniemanego kochanka byłej żony. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Bala w 2003 r. wydał książkę „Amok”, w której opisał zbrodnię podobną do tej, za którą został następnie skazany. Wróćmy jednak do dowodów z poszlak. Jaka jest rola przyznania się do winy przez oskarżonego?

Już w średniowieczu przyznanie uważano za królową dowodów. To się niestety nie zmieniło do dziś.

Niestety?

Bo z kryminalistycznego punktu widzenia przyznanie się do winy przez oskarżonego nie stanowi mocnego dowodu. Ludzie potrafią przyznać się do zbrodni, których nie popełnili, z różnych powodów. Ponadto jeśli prokuratura się rozluźni po przyznaniu się podejrzanego, może w trakcie procesu znaleźć się w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji. Tak było choćby w sprawie Leszka Pękalskiego, „Wampira z Bytowa”. Przed procesem przyznawał się do popełnienia od 70 do 90 zabójstw. W trakcie procesu odwołał wyjaśnienia. W efekcie został skazany za zabójstwo jednej kobiety.

Słyszałem niedawno wypowiedź jednego z sędziów, który stwierdził, że w noc przed wydaniem wyroku w procesie poszlakowym nie może spać. To chyba niedobrze, bo oznacza, że nie jest pewny wyroku, który chce wydać.

Przeciwnie, bardzo dobrze. Gdy sędzia bije się z myślami do ostatniej możliwej chwili i zastanawia się, czy wyrok, który chce wydać, jest słuszny – znaczy, że rozumie powagę sytuacji. To o wiele lepsza sytuacja niż ta, w której sędzia wszystko wie najlepiej i ma spokojny sen przed skazaniem kogoś na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat pozbawienia wolności.